poniedziałek, 21 grudnia 2015

W domu

Gdy terminal przylotowy pustoszeje, zaskoczeni jesteśmy pojawieniem się ojca Darka. Pisał nam wcześniej, że nikogo bez biletu do budynku lotniska nie wpuszczają, ze względu na zagrożenie terrorystyczne. O traktowaniu tego alertu najlepiej świadczy fakt, że po godzinie od przylotu naszego samolotu wszyscy mundurowi po prostu sobie poszli (spać?) a drzwi terminala stanęły otworem. Powitanie, kontynuacja jegoż na parkingu, gdzie czekają Dimi i Marius (miały być ciężkie walizki...) Poranek rześki, jakieś 20 stopni. Jazda przez uśpione przedmieścia, znajoma brama i podwórze. Dostajemy inny pokój niż ostatnio, bardziej w środku domu, za to z małżeńskim łóżkiem (skąd oni takie wytrzasnęli?) Przez ranne zorze przebija się zaśpiew muezzina z pobliskiego meczetu, swoje dodaje kogut, ptaki w zaroślach i papuga przy kuchni. Jacu chyba mnie poznaje, bo śmiało bierze do dzioba podane mu kawałki samolotowej kanapki. Jest piąta rano, idziemy się trochę zdrzemnąć.

Budzą nas odgłosy porannej krzątaniny. Jest niedziela, więc dzieciaki wstają później, coś koło siódmej. Godzinę później Epi podaje śniadanie, jakby zapominając, że Marty i Artioma tym razem nie będzie (trochę tu dziwnie bez nich...) Pieczywo, pomidory z cebulą, awokado i jajecznica chyba z siedmiu jaj. Wcześniej spotkanie z bandą najmłodszych: dwuletni Aubin (zwany Pipiripi) bez obaw daje „cześć”; „Hej, Cerole, poznajesz mnie?” Mała kiwa głową, ale oczy i uśmiech zdają się mówić „Skądś gościa znam”. Wątpliwości nie ma za to Vantiane, podbiegając i przytulając się. Dostojniej podchodzi Douce, na to wszystko uśmiechnięty od ucha do ucha Teddy. Starsi też witają nas jak znajomych; w końcu taka np. Epi codziennie zaczepia mnie na FB.

O ósmej Msza, adwentowo radosna, z grzechotkami i bębnem. Potem całodzienna krzątanina: chłopaki rąbią drzewo, kobiety i dziewczyny sprawiają żarełko na obiad i zbliżającą się Wigilię. Z zaciekawieniem przyglądamy się patroszeniu żmii i podziwiamy wielkie ryby o nieznanych nazwach. Dziewczyny siekają wędzoną połć antylopy, w misce moczą się wypatroszone już krewetki. Ktoś tnie na kawałki dynię, ktoś inny uda się na pobliskie poletko po zieleninę. My spędzamy przedpołudnie na rozmowach, tak o wszystkim. Wprawdzie widzieliśmy się ostatnio pod koniec sierpnia na Białorusi, ale zawsze znajdzie się jakiś temat. Południowe „33” i orzeszki, sjesta, trochę złapanego internetu i popołudniowy różaniec. Już nie na kolanach, jak w Wielkim Poście. Na kolację wspomniane krewetki, smażone w jakimś fajnym, pikantnym sosie i pyry smażone z cebulką. Jest dopiero ósma, ale po poprzedniej „nocy” padamy na pysk. Impreza przy kuchni dopiero się rozkręca, ale tym razem nie dołączymy. Do zobaczenia jutro.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz