niedziela, 13 grudnia 2015

Ruskie osiem godzin

Tym razem bez przelotu. Kolejny rejs rozpoczniemy w miarę blisko domu, w holenderskim Stavoren. W zasadzie to nie w Stavoren, ale w Warns. I nie w holenderskim a we fryzyjskim. Jakieś trzy godziny podróży samochodem; po zjeździe z autostrady wokół płasko, krain pocięta kanałami. W miasteczkach i wioskach domy kryte trzciną, bardzo podobne do wcześniej widzianych na Amrum, w niemieckiej Fryzji Północnej. Docieramy do mariny i zapoznajemy się z kapitanem oraz załogą. Po wspólnej kolacji, podsłuchani w łazience chłopcy mówią "Fajna ekipa jest, nie?" Zapowiada się w porządku. Na pewno inaczej niż w Chorwacji, bo to w końcu Morze Północne a nie Adriatyk. No i nie całkiem wypoczynkowo, bo mam zamiar jak najwięcej się nauczyć od bardziej doświadczonych i zdać egzamin na swój pierwszy żeglarski certyfikat.



Noc deszczowa i wietrzna, wiatr opętańczo wyje w olinowaniu. Nazajutrz musimy wyciągnąć naszego "Jaśka" (Jan van Gent, tak się nazywa nasza łódka) z wody, bo coś śruba za mocno bije i wydaje dziwne dźwięki. Okazuje się, że zaplątał się w nią niewielki, parocentymetrowy, kawałek sieci rybackiej. Przynajmniej mieliśmy okazję pierwszy raz zobaczyć, jak wygląda jacht od spodu. Z opóźnieniem więc wychodzimy kanałem, przez śluzę na IJsselmeer. Niegdyś zatoka, od lat 30-tych XX wieku jezioro. Niezły kawał wody, rozfalowany po niedawnych wiatrach. Nasze żołądki wkrótce też się rozfalują... Uspokoi się dopiero na kanałach, przed Amsterdamem. Nocleg w maleńkiej marinie w samym centrum holenderskiej stolicy. Spacer do znanego kapitanowi Chińczyka, przez dzielnicę czerwonych latarni. Kilkanaście lat temu wycieczkę tam potraktowaliśmy jako ciekawostkę; teraz raczej nas przygnębia. Oczy stojących za szybami, czasami naprawdę pięknych dziewczyn, są przerażająco smutne. Nie, w prostytucji nie ma nic wesołego...

Szeroki Zeekanaal łączy Amsterdam z leżącym już nad samym morzem IJmuiden. Nadal mocno wieje, czekamy przy śluzie na odpowiedni moment pływu. Sponiewiera nas mocno. Wprawdzie Tomek mocno przesadza, oceniając fale na 4 metry (komentarz kapitana: "Wiesz, jak będziesz o tym dziewczynie opowiadać, to mogą mieć nawet sześć"), ale telepie na wszystkie strony. Ciężkie popołudnie i noc; nad ranem zawijamy do belgijskiego Zeebrugge. Pierwszy raz robi mi się niedobrze od samego patrzenia na jachty przy kei. Żonka chce wracać do domu, tym bardziej, że wystarczy wsiąść w pociąg. Jednak zostaje ze mną do końca. Kochana jest.



Prawdziwie morski etap do angielskiego Lowestoft już spokojniejszy. Zarówno wiatr siadł jak i my bardziej odporni. Ładne miasteczko, fajna marina. Tradycyjna ryba z frytkami, jakieś piwo i nocny powrót kolegów z pubu. Zobaczywszy mnie z wściekłością rzucającego męskim organem, zamilkną. Furia do mnie nie pasuje, tym bardziej przeraża, gdy już do niej dojdzie. Nazajutrz powiedzą nam, że mogliśmy przynajmniej inaczej ułożyć ten klucz w bakiście, bo myśleli, że nas nie ma. O wyjściu z portu locja mówi, że może być lively, ale my już otrzaskani i radzimy sobie na pokładzie bez kapitana. Ten leniwie układa kolejne pasjanse i podaje kursy do sterowania. Jasna, gwiaździsta noc. Gdzieś gadają jakieś ptaki (a może to delfin?) Za dnia już, przy wreszcie letniej pogodzie, wracamy do Niderlandów. Den Helder jest główną bazą Królewskiej Marynarki Holandii. W porcie aż szaro od fregat, okrętów desantowych i pomocniczych, trałowców. W marinie, gdzie będziemy praktycznie sami, w niebo strzelają maszty repliki XVII-wiecznego galeonu Kompanii Wschodnioindyjskiej Prins Willem. Niestety, parę tygodni po naszym pobycie spłonął prawie doszczętnie; miał być odbudowany, ale w zeszłym roku zdecydowano, że to za droga impreza. Szkoda...



Przez śluzę w Afsluitdijk wracamy na IJsselmeer. Idylliczne Makkum i Hindeloopen. Podobnie jak Grevelingenmeer, IJsselmeer też upstrzone żaglami najróżniejszych wielkości, kształtów i kolorów. Wracamy do Warns. Pożegnalna kolacja a po niej, o 23:00, mój egzamin. Zadanie nawigacyjne Mariusz dał mi iście w stylu Latającego Holendra: obliczania kursów na każdą godzinę na akwenie, gdzie prądy pływowe osiągają 10 węzłów. Do tego obliczenie godziny wejścia do portu, który wysycha przy niskiej wodzie. Daję jednak radę i za miesiąc odbiorę swoją plastikową przepustkę do samodzielnego żeglowania.

Zaraz, ale o co chodziło z tymi ruskimi? A, to było tej nocy, gdy szliśmy z Lowestoft do Den Helder. Rozgwieżdżone niebo, łódka lekko wzdycha pokonując małe już fale pod cichym i niezłomnym napędem z wiatru. "Ej, chłopaki, ale Wy przecież mieliście wachtę zaraz z wieczora a jest czwarta nad ranem? A tak, Rafał, fajnie nam się siedzi. Stwierdziliśmy z Mareczkiem, że robimy ruskie osiem godzin: od ósmej, do ósmej. Zresztą, sam posłuchaj jego opowieści o Panu Ciule. Dobra, tylko skoczę po sztormiak i przejmuje ster. To co tam śpiewaliście?"

Stary port się powoli układał do snu, świeża bryza zmarszczyła morze gładkie jak stół...

Zostanę z Wami, w końcu to moja wachta. Szkoda spać, gdy tak fajnie się zrobiło. Aż żal wracać na ląd. Ale w końcu żeglowanie polega na podróży z jednego lądu na inny. To dotarcie, nie sama podróż, jest istotne. Już wróciliśmy a znów chce się wypływać. Za rok, gdzieś, gdzie cieplej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz