środa, 23 grudnia 2015

Dwa zwyczajne dni

Po paru próbach w końcu udaje się nam dodzwonić na lotnisko w Yaounde. Pan informuje nas, że nasze bagaże dotarły i można je odebrać. Pierwszy raz oglądamy Międzynarodowy Port Lotniczy Yaounde-Nsimalen za dnia. Terminal, jak na stołeczne standardy, malutki. Trochę większy niż w Bydgoszczy. Z naszych walizek nic nie zginęło, więc możemy wracać i rozdzielać „łupy”: prezenty dla dzieciaków, mydła i pasty do zębów, przybory do rysowania i malowania, kiełbasa i chrzan, w końcu nasze rzeczy. Ogarniamy się nieco i wyjeżdżamy na targ. Miało być w pobliżu, ale okazuje się, że jedziemy tam, gdzie poprzednio, w marcu. Feeria twarzy, widoków, scenek, kolorów i zapachów. Niektóre chce się od razu z siebie zmyć...

W domu zwyczajna krzątanina. Ojciec Darek stara się, aby nikt nie był bezczynny: chłopaki sprzątają i rąbią drzewo, dziewczyny ogarniają prace kuchenne i łuskają jakieś nasiona; tylko najmłodsi zajmują się zabawą. Trzeba im oddać, że zawsze coś sobie sami wymyślą i nie trzeba im organizować czasu. Aczkolwiek gdy się im coś zapewni, to z zaciekawieniem gromadzą się wokół. My też staramy się być użyteczni: biorę się za pilarkę i tnę (z pomocą ojca i chłopaków) zwalony pień na łatwiejsze do transportu kawałki. Rozpakowujemy walizki i przygotowujemy świąteczne prezenty. Podobno nikt z tutejszych dzieciaków niczego oprócz ubrań nigdy na święta nie dostawał. Ciekawi jesteśmy ich reakcji w wigilijny wieczór. Powoli mija dzień, popołudniowy różaniec, kolacja i wieczorne Polaków w Afryce, o Afryce (i nie tylko rozmowy). Przerwane wiadomością o śmierci ojca Jana Góry...

Wtorek, kolejny, zwykły dzień we Foyer St. Dominique. Dzisiaj nigdzie się nie wybieramy. Żonka chwyci za kosiarkę i doprowadzi do porządku trawnik, ja sfinalizuję koncepcję choinki, którą będziemy „stawiać” po południu. Siadamy z najmłodszymi na podłodze, wyjaśniam „zasady”. Po chwili dołączają kolejni ciekawscy i ciekawskie, większość też chwyta za kredki. Niektóre rysunki naprawdę niezłe, tematyka różnorodna. Sugeruję coś świątecznego; po chwili muszę kilkorgu z nich naszkicować Świętych Mikołąjów, samoloty, choinki i co tam jeszcze. Zużywamy całe dwa bloki po 20 kartek; nawet dwuletni Pipiripi z zapałem gryzmoli na swojej kartce. Gdy już mamy wszystkie, wieszamy je na ścianie w „świetlicy”, układając w kształt choinki. Jedynej w swoim rodzaju, jakiej nigdzie indziej się nie znajdzie. Na jutro jeszcze parę rzeczy nam zostanie; czeka nas też wyjazd do miasta: do marketu i na targ wyrobów rzemieślniczych. Wieczorem posiedzimy dłużej niż zwykle, tym razem królować będą tematy rodzinne. Jedno „33”, potem drugie i w końcu ciałem i duchem wchodzimy w kolejną afrykańską noc. Od dzisiaj rozjaśnianą kolorowymi lampkami, rozwieszonymi przez chłopaków wokół budynku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz