Etykiety

niedziela, 20 grudnia 2015

Betlejemska gwiazda Maghrebu

Tym razem lecieliśmy z Brukseli. Niestety nie całkiem bezpośrednio - lot Bruksela-Yaounde z Brussels Airlines był droższy, niż połączenie Royal Air Maroc (RAM) z przesiadką w Casablance. Cóż, okres bożonarodzeniowy to i ceny biletów wyższe. Gdybym poczekał 2-3 dni to dałoby się w tej samej cenie kupić przelot z Ethiopian Airlines - lepszy samolot, lepsze godziny i lepsza reputacja. Królewskie Linie Lotnicze Maroka takowej nie mają najlepszej, ale trzeba zawsze brać poprawkę na opinię innych. Zobaczymy sami.

Mały problem pojawia się już 2 dni po rezerwacji. Odwołano nasz lot do Casablanki i przebukowano na późniejszy. Z czterech godzin na przesiadkę robi się nieco ponad godzina. Powinniśmy zdążyć, ale niepokój już się pojawia. Wzrasta on jeszcze bardziej, gdy przychodzi do odprawy internetowej. Jakieś miejsca nam przydzielili, ale na drugi segment podróży dość idiotycznie: w rzędach 9 i 19. A przecież wiadomo, że dwie osoby na jednej rezerwacji raczej chciałyby siedzieć obok siebie. Co dziwniejsze, reszta miejsc jest niedostępna. Dwa dni przed wylotem to sytuacja niespotykana i dziwna. Później pojawiają się jakieś wolne miejsca: a to w rzędzie 9, ale nie obok. Potem w 23, 29, w końcu jest! 19E, szybki klik i jesteśmy odprawieni. Teraz już mamy pewność, że nas nie rozsadzą.

Odprawiwszy się przez internet teoretycznie pozostaje tylko zdać bagaż i można lecieć. Niestety, musimy stanąć w kolejce razem ze wszystkimi, na oko godzina czekania. Pan przy stanowisku miły, ale stanowczy: mamy za ciężki bagaż podręczny, coś trzeba przepakować. Pakujemy co się da do jednej z walizek ale nadal mamy za dużo. W końcu pan zgadza się, aby wyjąć komputer, który najwięcej waży i nieść go osobno a jedną z kabinówek odprawiamy dodatkowo, bez opłat.

Lotnisko znajome, bez niespodzianek i historii. Wejście na pokład Boeinga 737-800 sprawne, nie powinno być opóźnienia. Gdy wszyscy już siedzą okazuje się jednak, że wylecimy prawie godzinę później. Robi się ciasno na przesiadkę... Samolot nieco leciwy, ale w sumie ok. Tylko toaletom przydałaby się renowacja. Jedzenie bez rewelacji, ale zjadliwe; do wyboru kurczak i wołowina, obydwa duszone z warzywami. Do tego malutka porcyjka wędzonego pstrąga z górskich potoków Atlasu, bułeczka ze śmietankowym serkiem i jogurt. Obsługa, wbrew internetowym opiniom, wcale nie wredna i opryskliwa, momentami nawet miła ;-) Sympatyczna i ładna stewardessa zapewnia nas, że powinniśmy zdążyć na następny lot. Najwyżej na koszt RAM zobaczymy Casablankę i polecimy nazajutrz. Zresztą, patrząc po współpasażerach, nie tylko my udajemy się do środkowej Afryki. Sporo czarnych twarzy, niemało Europejczyków i oczywiście rysy arabskie. Niektóre bardzo ładne. No, oczywiście nie tak, jak Ta siedząca obok :-) A, zapomniałem dodać, że poszczęściło się nam i nikt obok nas nie siada. Mamy więc trzy miejsca dla siebie.

Casablanca, prawie godzinę po czasie. Powinniśmy zdążyć, ale czy nadąży za nami bagaż? Terminal dość funkcjonalny, ale za funkcjonalnością rozwiązań przestrzennych nie nadąża czynnik ludzki. Znajdujemy jednak w miarę sprawnie nasze wyjście i ustawiamy się w sporej jeszcze kolejce. Ten lot też się opóźni, ale nie aż tyle. Tutaj publika już zdecydowanie afrykańska; już od Brukseli reagujemy na czarnych lekkim uśmiechem sympatii. No, jakoś ich lubimy, mimo że potrafią czasami niemiłosiernie wkurzać. W sumie ten RAM dość znośny, tylko ta "muzyka" na postoju... Instrumenty jakoś by się zniosła, ale czy oni muszą wszystko śpiewać z tą wkurzającą modulacją? Na szczęście wszystko milknie, startują silniki i pojawiają się zapowiedzi: po arabsku, francusku i angielsku. Żonka się dziwi, że parę słówek wyłapuję. Cóż, z paru miesięcy nauki 16 lat temu tylko to zostało. No, i umiejętność czytania "szlaczków" - znajduję na mapie "Uarsuu", czyli Warszawę :-) Na kolację znów kurczak, ale nieco inaczej przyrządzony, ten sam wędzony pstrąg i bułka z serkiem. Dodatkowo dostajemy deser w postaci musu czekoladowego a przed lądowaniem kanapki. Ale komu by się chciało jeść w środku nocy; jest 4 nad ranem.

"Hala" przylotów w Yaounde-Nsimalen, jakby bardziej swojska za drugim razem. Kolejne kontrole już nie niepokoją, spokojnie dajemy sobie zdalnie zmierzyć temperaturę, sprawdzić książeczki szczepień i wbić pieczątkę do paszportu. Teraz chwila prawdy - czekanie na bagaż. Przedłuża się, w końcu taśma staje i jakieś dwadzieścia parę osób zostaje z pustymi wózkami. Składamy reklamację, bagaże mają przyjść nazajutrz. Betlejemska gwiazda Maghrebu (bo przypomina ją malowanie ogona samolotów RAM) zawisła nad kameruńską stajenką. Wigilia wkrótce, więc czekamy. Na razie na bagaże...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz