Etykiety

sobota, 28 listopada 2015

Trzy kolory (z przewagą czerwieni)

Nie wstawiłem francuskiego tricouleur w reakcji na tragiczne wydarzenia sprzed dwóch tygodni. Mimo powszechnego przybierania tych barw przez przyjaciół i znajomych oraz nagabywaniom Facebooka. I przedtem, i potem miało miejsce sporo porównywalnych wydarzeń, nie mniej tragicznych. Dlaczego wyróżniać tylko jedno z nich i akurat te ofiary? Gdyby reagować w ten sposób, zamiast awatara mielibyśmy niezły wycinek weksylologicznej tabeli. Turcja, Rosja, Liban, Francja, Mali... Na stałe też Syria czy Nigeria. Wszystkie ofiary terroryzmu, niezależnie od ich narodowości i miejsca zamachu godne są pochylenia głowy, milczenia, wspomnienia czy modlitwy. Nie mogę i nie będę żadnych z nich wyróżniać ani dyskryminować.

To jedno. Drugie, chyba ważniejsze, dotyczy rodowodu flagi Francji. Skądinąd pięknej w swej prostocie, owej "tęczy Franków" w którą patrzy Orzeł Biały w pierwszej zwrotce "Warszawianki". Pięknej też w legendzie opisującej jej powstanie, gdy w czasie rewolucji 1789 roku do barw Paryża dodano królewską biel. Tyle legenda; brutalna rzeczywistość tamtego okresu wkrótce zamordowała owego króla a wraz z nim setki tysięcy jego byłych poddanych... Trójkolor to flaga Republiki, której korzenie przesiąknięte są krwią. Do tego stopnia, że wpływa to nawet na współczesnych: gdy w 2012 roku grupa deputowanych do Zgromadzenia Narodowego złożyła projekt prostej, jednozdaniowej uchwały (o treści "Republika Francuska składa hołd ofiarom ludobójstwa w Wandei w latach 1793-1794"), jeden z deputowanych Partii Lewicy bardzo się na to obruszył. Argumentował, że taka uchwała "oczerniałaby Rewolucję i relatywizowała ludobójstwa XX wieku"... Do tego dodać należy postać Maksymiliana Robespierre'a, któremu poświęconych jest we Francji kilka ulic (ale co się dziwić, skoro są tam też ulice... Józefa Stalina (sic!)). Tego Robespierre'a, który "wynalazł" terror - słowo pochodzenia francuskiego... Diabolicznym byłoby stwierdzenie, że 13 listopada 2015 roku terroryzm powrócił do swej ojczyzny.



Te i parę innych rzeczy a także oficjalny kult Republiki i świętowanie 14 lipca nie pozwalają mi przypiąć tych barw. Niesprawiedliwe by jednak było stawianie ich na równi z np. Hakenkreuzfahne czy czerwonym sztandarem (chociaż tu akurat ma blisko). Trójkolorowa flaga i ideały republikańskie drogie były i są wielu szlachetnym ludziom, których nie brakowało w porewolucyjnej historii Francji. Ale to jeszcze nie wystarcza, żebym się z nimi identyfikował. W skrócie: nie wywieszę, ale też nie spalę.

Gwoli sprawiedliwości wspomnieć należy o pojawiających się tu i ówdzie kontrpropozycjach: aby zamiast trójkoloru upamiętnić paryskie ofiary królewskim sztandarem z liliami. Znowuż, piękny on jest, także w swej wcześniejszej, niebieskiej wersji. Piękny i pełen pięknej, maryjnej symboliki. Nie należy jednak zapominać, że rewolucja nie wzięła się znikąd. Nawet jeśli XVIII-wieczny ucisk francuskich warstw niższych był mniejszy niż nam to przez lata wmawiano, moralna postawa ówczesnych elit raczej nie jest wzorem do naśladowania (to były wszak czasy "Niebezpiecznych związków" i Markiza de Sade). Także później, w okresie Restauracji, pod tymi flagami dokonywano zbrodni w ramach tzw. białego terroru...

Chociaż barwy Królestwa Francji są naturalną przeciwwagą dla flagi rewolucyjnej, to z ww. przyczyn nie widzę argumentów, aby się z nimi afiszować. Nie "wywieszam" więc żadnej, co nie znaczy że obojętne mi jest to, co się stało. Moja pamięć o ofiarach zamachów i modlitwa za nie ostentacji nie potrzebuje. "Wejdź do swej izdebki", bo "Bóg widzi w ukryciu".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz