piątek, 20 listopada 2015

A czy TY...?

Warszawskie lotnisko, wtedy jedyne. Nie pamiętam, czy już Chopina. Chyba jeszcze nie, tym bardziej, że był to osławiony terminal "Etiuda". Październikowy, sobotni poranek. Samolot amerykańskiej produkcji, norweskie linie lotnicze. Lot z Polski do Chorwacji. Ot, globalizacja i wspólny, europejski rynek. Większość pasażerów stanowią załogi łódek naszej flotylli. Już widzimy, z kim raczej byśmy nie chcieli spędzić najbliższego tygodnia. Na szczęście okaże się, że nasi oficerowie i współzałoganci są bardziej niż w porządku. Dobra, ale czy TY...?



Ale co ja? A, chyba wszystko zabrałem. To w końcu pierwszy poważniejszy rejs. Na w miarę przyjaznym akwenie, ale jednak. W Splicie spore zakupy na cały tydzień; przy kasie bezskutecznie próbujemy wyjaśnić pani, że potrzebujemy fakturę VAT. Ona próbuje dodzwonić się na polski NIP... Zaczyna być wesoło a zrobi się bardzo miło, gdy jeden z pijących przed sklepem kawę panów zaproponuje przewiezienie tego wszystkiego do mariny. A były to ze 3 pełne wózki towaru... Nic, nawet flaszki, za to nie weźmie. Po południu, okrężną drogą przez Dublin, dociera reszta brukselskiej części załogi a w środku nocy dołączają "szwajcarscy" oficerowie. Przedtem dokonujemy małego abordażu, bo nie chce nam się iść ponad 1,5 km wokół mariny. Jacht, na którym odbywa się impreza, jest zacumowany niecałe 100 m w linii prostej od nas. Szybka decyzja - ściągamy ponton :-)

Wychodzimy nazajutrz, przed południem. Pierwszy, krótki postój, w malowniczym Hvarze. Jest po sezonie, więc można stanąć do kei. W środku lata podobno nie ma tu nawet jak zakotwiczyć... Wyspa urokliwa, słynie z lawendy i... wariackich kierowców (podobno). Nie sprawdziliśmy, bo my przecież na morzu. Całonocne pływanie na silniku, kolejne wachty, rozgwieżdżone niebo i niesamowity wschód słońca. No, wszystko fajnie, ale czy TY...? Tak, ubrałem się ciepło. To w końcu druga połowa października. Jeodnak każe się później, że nadal można popływać w morzu.



Dubrownik, perła Adriatyku. Fajna marina, chociaż dość daleko od Starego Miasta. Wieczorna wycieczka autobusem, kolacja na starówce. Chorwacja - śródziemnomorski klimat w słowiańskim opakowaniu. Podoba się, na pewno tu jeszcze wrócimy. Nazajutrz nielegalnie kotwiczymy tuż przy Starym Porcie (który NB grał Królewską Przystań w "Grze o tron") i szwendamy się trochę po mieście. Ciepło, ładnie, przyjemnie. Ale czy TY...?

Tak, zauważyłem rany po niedawnej wojnie. Ślady po serbskich ostrzałach, pamiątkowe tablice... Pamiętam tamte relacje i obrazy, to zaledwie kilkanaście lat temu. Oby nigdy nie powróciły.

Nocleg na boi, gdzieś na południowym wybrzeżu Mljetu. Zaciszna zatoczka, parę łódek w pobliżu. Rano, zanim wszyscy wstaną, dzielny I oficer, przy porannej kawie i papierosie, sam wyprowadzi jacht w morze. Po cichu, na samym grocie. Później, jak co dzień, przygotuje wszystkim drugie śniadanie: rum z colą i cytrynką :-) Kolejny postój w Korculi, Dubrowniku w miniaturze. Ładna starówka na półwyspie, ale najlepiej niestety zapamiętałem drącą się po nocy młodzież (bo śpiewem tego nazwać nie można) i panienki, zachwalające "krem z owoców morza" (na oparzenia słoneczne chyba...).



Powrót również przez Hvar. Zaczyna wreszcie trochę wiać, czasami nawet nas przechyli. Po drodze świętujemy moje imieniny, obalając "Wyborową" kupioną jeszcze na Okęciu. Niektórym zaszkodzi - owoce morza wrócą, skąd przyszły...

Split, podsumowania, pożegnania. Czy się podobało? Tak, nawet bardzo. Nie jest to nasz ostatni rejs w Chorwacji (jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że wrócimy tu już za dwa lata). Bardzo dużo się nauczyliśmy, poznaliśmy świetnych ludzi, pogoda dopisała. Czego chcieć więcej? Ale czy TY...? No co ja? Jak to co? Czy TY wyłączyłeś lodówkę? ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz