Etykiety

piątek, 16 października 2015

Zrozumieć czarnego (poza Afryką)

Obrazek 6 (kontynuacja tego, i tego)

"Proszę pani! Proszę pani! Dokąd to? A, męża szukam. Powinien tu być, w poczekalni. Ale poczekalnia jest tam, na lewo... Hola, dokąd pani idzie?! Mówiła pani, że do męża... No przecież widać, że do toalety! Ale z psem?! Tu są małe dzieci, w dodatku jest to placówka dyplomatyczna. Proszę zostawić psa na... Hej, proszę otworzyć! Co pani robi?! Mówiła pani, że idzie do męża, tak? Zatem proszę go poszukać, o tam! Weź pan te łapy! Proszę opuścić budynek, bo wezwę policję!"

Informacje dodatkowe: pani, lat ok. 50-kilka, z psem labradorowatym. Dość typowa mieszkanka tego kraju, zdradzająca objawy niepełnego zrównoważenia umysłowego. Zachowanie jej męża (który w końcu się znajduje i wyprowadza psa) zdaje się to potwierdzać. Miejsce: ambasada jednego z państw afrykańskich w jednej z europejskich stolic. W.w. pan: strażnik w tejże ambasadzie (czarnoskóry).

Wnioski: nie wiem, czy bardziej normalne jest wprowadzanie psów zawsze i wszędzie, łącznie z restauracjami i kościołami. Niby ok, ale... Znowuż w Afryce zwierzę mierzone jest li i jedynie korzyścią, jaką może przynieść (kulinarną, pociągową, inną...) Kolejne zderzenie światów i mentalności.

Obrazek 7

"No, ale przecież ma pan wizę na 30 dni od wjazdu... A, wygaśnie ona po przyjeździe? No to niech pan przyspieszy wyjazd, zmieni rezerwację. Jak to nie można? Hm, nie pomogę panu. Wasze dane są już tam, w Afryce. W systemie jest tak, jak w paszporcie i inaczej się nie da."

Wniosek: jeśli czegoś urzędowego, z pieczątką, nie da się u nas zmienić, ot tak, to nie zakładajmy, że w Afryce wystarczy pociągnięcie pióra i dopisanie jednej cyferki. To jednak nie są analfabeci i chyba nam zależy, aby ich administracja i zarządzanie państwem działało jak najlepiej, prawda?

Obrazek 8

Internetowy system rejestracji wniosków wizowych, administracja imigracyjna środkowoafrykańskiego kraju. Kilka kliknięć, parę danych i dwa załączniki. Teoretycznie decyzja w 72 godziny... W tym czasie dostajemy wiadomość, że odpowiedni urząd na skontaktował się z naszym przyjacielem na miejscu i potwierdził tożsamość. W sumie procedura trwała tydzień: dostaliśmy "zezwolenie na wjazd". Właściwą wizę wbiją nam na lotnisku.

Wniosek: nowoczesność mogła i musiała dotrzeć także do Afryki. Na razie opisana wyżej procedura dotyczy tylko przylotów na główne lotnisko - drogą lądową tak by się nie dało. Ale dobre i to. Tylko dlaczego tyle zachodu z tymi wizami i dlaczego tyle one kosztują... Moment... A czy my jesteśmy lepsi?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz