Etykiety

piątek, 31 lipca 2015

Te co syczą i pełzają

Pisząc o gnieźnieńskiej wąskotorówce wspomniałem o mojej babci (odeszła 13 lat temu). Pamiętam jej pełen odrazy okrzyk "Uch, to dopiero zgroza!", wydany przy oglądaniu jakiegoś filmu przyrodniczego - na ekranie akurat pojawił się jakiś wąż. Mało kto z nas mógłby się pochwalić inną reakcją na widok jakiegokolwiek z przedstawicieli tych gadów. Podobno człowiek nosi w sobie atawistyczny strach przed wszystkim, co ma więcej niż cztery i mniej niż dwie nogi. Czyli, upraszczając, największy lęk budzą w nas pająki i węże. Czy słusznie? Zwykliśmy o nich myśleć (jeśli w ogóle myślimy) jako o czymś oślizgłym, wijącym się i wytykającym rozwidlony język (one tak nawęszają). Ogólnie - obrzydlistwo. W dodatku tylko patrzy swoimi pionowymi źrenicami aby nas udusić i pożreć w całości lub przynajmniej pokąsać, wstrzykując śmiercionośny jad.




Tymczasem węże mają skórę suchą i dość miłą w dotyku. Do tego niektóre gatunki prezentują przepiękne ubarwienie (boa, wąż koralowy czy zielona mamba). Język wytykają, ale co mają robić, skoro jest to część ich narządu węchu? W końcu muszą czymś zrekompensować sobie brak słuchu (kiwające się na boki kobry, "usypiane" przez indyjskich zaklinaczy, po prostu powtarzają ruch fletu i samego grajka). Pionowe źrenice są zaś typowe dla tych gatunków, które wiodą nocny tryb życia; ich dzienni kuzyni zazwyczaj mają źrenice okrągłe - jakby bardziej "ludzkie". Zagrożeniem dla człowieka (w sensie, że moglibyśmy być jego ofiarą i pokarmem) są tylko największe z nich: anakondy i dłuższe nawet od nich pytony siatkowe. Jednak i one nie byłyby w stanie połknąć dorosłego człowieka: zaczynając od głowy, zatrzymałyby się na barkach - nawet wężowa szczęka aż tak się nie rozdziawi :-) Jadowite? Owszem, sporo z nich jest. W dodatku w wielu przypadkach ukąszenie - jeśli nie zastosuje się antytoksyn - może być śmiertelne w skutkach. Jadowite węże stanowią jednak około 1/4 wszystkich znanych gatunków. Jednak przy braku umiejętności rozróżniania jednych od drugich wolimy każdego osobnika omijać szerokim łukiem. Co zresztą jest dość rozsądne, pomimo tego, że największy z jadowitych węży, kobra królewska (dochodzi do 6 m długości), i tak jest zbyt mały, aby człowiek mógł stanowić jego potencjalną ofiarę. Co więcej, dla tej kobry - i dla wszystkich pozostałych węży jadowitych - to my jesteśmy zagrożeniem. Każde ukąszenie jest więc obroną: siebie, terytorium, młodych. Atak następuje najczęściej po uprzednim ostrzeżeniu (uniesienie części ciała, rozłożenie "kołnierza", ustawienie ciała w "S", syk lub grzechotanie) i sami jesteśmy sobie winni, że te - jasne dla innych zwierząt - sygnały ignorujemy.

Nie jestem ofiologiem, nawet amatorskim, nie hoduję też żadnego gada w domu. Skąd więc ten wpis? Chyba nawet największy wężofob przyzna, że zwierzętom tym nie można odmówić pewnej gracji i uroku. Budowa ciała, jakże inna od większości stworzeń na tym świecie. Sposób poruszania, w którym do perfekcji wykorzystany jest brak odnóży. Wężowo, eską, albo bokiem - jak żmije pustynne, lub pełznąc na wprost. Do tego cały śmiercionośny arsenał: od wykrywania (węch, termowizja, wyczuwanie drgań gruntu i powietrza), poprzez ruch (taka zdradnica śmiercionośna (swoją drogą, co za nazwa :-)) potrzebuje zaledwie 0,15 sekundy aby z nieruchomej pozycji zaatakować, ukąsić i powrócić do stand-by) do jadu (jedno dziabnięcie australijskiego tajpana pustynnego - niedużego, dochodzącego do 2 m długości węża - mogłoby uśmiercić 100 dorosłych mężczyzn). Miałbym opory, aby któregokolwiek z nich wziąć do ręki i pogłaskać, ale nie zmniejsza to mojego dla nich podziwu i fascynacji.

Kilka z wymienionych wyżej gatunków występuje tylko w Australii, nad wyraz obdarzonej jadowitymi stworami. Spytać by kto mógł, czy spotkaliśmy tam jakiegoś. Jedyne węże, jakie widzieliśmy wtedy (w 2007 roku) na najmniejszym z kontynentów, mieszkały w zoologicznych terrariach. W naturze żadnego nie udało nam się spotkać (może i dobrze?) Może, gdybyśmy więcej poszwędali się pieszo po lasach deszczowych północnego Queensland lub pobiwakowali w Outbacku... Również w Afryce jedyny wąż, z jakim mieliśmy bliski kontakt, znajdował się w kawałkach na talerzu (swoją drogą pyszny). Może to dlatego, że akurat była pora sucha? W deszczowej potrafią pojawić się nawet w mieście i gdy podejdą za blisko "dialog bywa krótki" :-)

Czytającym to wieczorem życzę ssssssssspokojnych ssssssnów ;-) I niech Wam się nie przyśni łóżko pełne węży - wyobrażenie sobie takiego towarzystwa zaproponował mi kiedyś kolega, jako skutecznej zachęty do wstania... Chyba więc jednak zgroza - fascynująca i piękna, ale zgroza ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz