niedziela, 7 czerwca 2015

Sursum corda!

"W górę serca..." Ciekawe, ilu jest takich, którym w karygodnej chwili roztargnienia podczas liturgii eucharystycznej przyjdzie do głowy inna odpowiedź? Zamiast kanonicznego "Wznosimy je do Pana" - równie religijne "Niech zwycięża Lech!". Trochę prowokuję z tym "religijne", ale czy piłka nożna z jej kibicowską otoczką nie ma czasami czegoś z bezkompromisowego, religijnego fanatyzmu? Zarówno w dobrym (żarliwym) jaki i negatywnym (agresywnym) wydaniu.
 
Zakończył się kolejny sezon polskiej ekstraklasy piłkarskiej. Zakończył niespodziewanym, ale jakże mi miłym mistrzostwem Lecha Poznań. Zdaję sobie sprawę, że pasjonowanie się polską ligą nazajutrz po finale Ligi Mistrzów zakrawa na groteskę i masochizm, ale jednak to nasza liga, nasze kluby, zdecydowanie bliższe ciału (i duszy) od Barcelony czy Juventusu. W ocalałym po wiosennych wichurach, ostatnim całym uchwycie umieszczam niebiesko-białą flagę. Uszyła mi ją moja matka chrzestna chyba w 1987 lub 1988 roku. Pamiętne karne z Barceloną... To piąte mistrzostwo Lecha świętowane z tą flagą. Poprzednie, w 2010 roku, również tu, w tym domu. Wcześniej, początek lat 90-tych, liceum. Flaga wciągana na szkolny maszt czy obwożona na motorowerze po rodzinnej miejscowości. Pierwsze tytuły Lecha, w 1983 i 1984, jakby z zamierzchłej przeszłości, głębi lat dziecięcych.
 
Dlaczego w ogóle o tym piszę? Nie jestem ani graczem (nawet amatorskim), ani ultrasem, ani dziennikarzem czy blogerem sportowym. Jednak meczami Lecha interesuję się od kiedy sięgam pamięcią i od kiedy odróżniam rzut karny od rożnego. Zresztą Lech Poznań to zjawisko na mapie Polski wyjątkowe. Nie chcę, aby ktokolwiek zarzucał mi kompleksy etc., ale pokuszę się o porównanie: taka np. Legia Warszawa nie jest i nigdy nie była dla Warszawy (nie mówiąc o Mazowszu) tym, czym Lech dla Poznania i Wielkopolski. Fajnie opisał to niezrównany redaktor Nawrot na swoim blogu:
 
Lech jest ostrożny, bo wie, że nie walczy tylko dla siebie. Rusza do boju także dla tych wszystkich ludzi, którzy się z nim utożsamiają. Psioczą na niego, krytykują, używają niekiedy niecenzuralnych słów, ale tylko dlatego, że kochają tego Lecha tak jak się kocha dziecko. Niegrzeczne, w Poznaniu powiedzielibyśmy: nieusłuchane, umolne i nicpote. Takie, przez które co chwilę wzywanym się jest do szkoły, by świecić za nie oczami. Znosić te wszystkie uwagi, które znosi każdy kibic przychodzący do pracy czy domu po porażce swego zespołu. Czasami aż ręce opadają, czasami aż ma się dość, bo nie wiadomo, co wyrośnie z takiego ejbra. A jednak przychodzi koniec roku, rozdanie świadectw i kiedy jego nazwisko ma być wyczytane jako pierwsze, pierś pręży się z dumy i łzy płyną do oczu.
 
Wspomnianym wyżej meczem z Barceloną (jesień 1988) emocjonowała się moja wtedy prawie 70-letnia babcia. I nie był to odosobniony przypadek. Lech jest integralną częścią naszej regionalnej tożsamości. Miasta wyjątkowego jeśli chodzi o kibicowskie rywalizacje, bowiem tylko w Poznaniu zdarzały się napisy na murach o treści "Lech King - Warta Queen". Do tego osadzenie w naszym wyjątkowym dialekcie, pielęgnowanym z dumą, której dorównać mogą chyba tylko Kaszubi i Ślązacy. Taki to już nasz, poznańsko-wielkopolski przypadek. Od 9 lat obserwowany z zagranicy ale z niemniejszą uwagą. Dzisiaj się cieszymy z mistrzowskiej korony; nerwy i niecenzuralne słowa przyjdą później ;-) Oby jak najpóźniej - n.p. w fazie grupowej Ligi Mistrzów :-)
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz