piątek, 19 czerwca 2015

...i zstąpmy do głębi

Wiosna roku 2010, erupcja islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull. Niezbyt duża w skali VEI (czwórka), ale sporo namieszała w europejskim ruchu lotniczym, praktycznie unieruchamiając go na kilka dni. Skutki odczuliśmy też w Polsce, gdzie sporo z zapowiadanych oficjeli nie dotarło na pogrzeb Lecha i Marii Kaczyńskich. Bohaterem memów stał się ówczesny prezydent Gruzji, Micheil Saakaszwili, który zawiłą drogą i korzystając z wszelkich dostępnych środków transportu na to wydarzenie dotarł. Chyba niejako przy okazji: prezydenckiego pogrzebu i kłopotów z dotarciem nań, w ogóle wspomnianą erupcję zauważyliśmy. W końcu to odległe, islandzkie pustkowie. Gdyby nie roznoszony przez wiatr popiół i pyły, pewnie mało kto by się o niej dowiedział.

Dlaczego tak jest? Dlaczego tak rzadko dowiadujemy się we wiodących mediach o tego typu wydarzeniach? Wydaje się, że kiedyś jakby częściej o tym mówiono. Jak przez mgłę pamiętam doniesienia o pamiętnej erupcji wulkanu Saint Helen's w USA (mylnie zwanego Górą Św. Heleny) w 1980 roku. Spektakularny wybuch, osunięcie zbocza i potężna lawina piroklastyczna stały się kilkanaście lat później podstawą scenariusza niezłej Góry Dantego z Piercem Brosnanem i Lindą Hamilton. W 1985 roku ze zgrozą oglądaliśmy obrazy z Kolumbii, gdzie lahar wywołany erupcją Nevado del Ruiz całkowicie pochłonął miasto Romero, z większością jego 25 tysięcy mieszkańców. Wreszcie Filipiny, rok 1991 i erupcja wulkanu Pinatubo (N.B., w roku tym odbyła się pierwsza po wyborach 1989 roku pielgrzymka Jana Pawła II do Polski, podczas której poświęcił on Sanktuarium na Górze Chełmskiej w Koszalinie a w "drugiej turze" wziął udział w Światowym Dniu Młodzieży w Częstochowie). Największa ostatnimi czasy, VEI 6 (dla porównania: St. Helen's w 1980 roku to VEI 5, podobnie jak Wezuwiusz w roku 79 - gdy pogrzebane zostały Pompeje i Herakulanum). Od czasu do czasu dowiadujemy się o spektakularnych, strombolijskich zazwyczaj, erupcjach Etny - z racji jej bliskości i efektownych widoków nocą. Wyjątkiem są doniesienia o wulkanach, które nie przejmują się swoją lokalizacją i dokładają naturalne utrapienie do antropogenicznych cierpień - tak jak kongijsko-rwandyjski Nyiragongo w 2002 roku, w samym środku wojny domowej i kryzysu humanitarnego. Takie połączenie to już się medialnie sprzeda...

W zeszłym roku sporo się tuż pod skorupą ziemską działo. Najpierw długotrwała, efuzywna erupcja w masywie Bárðarbunga na Islandii (właściwie to na uskoku Holuhraun). Nic nie zniszczyła ani nikogo nie zabiła, jednak media nie mogły zbyć milczeniem zjawiskowych fontann lawy. 



Ale to było na relatywnie bliskiej Islandii. Późniejsze paroksyzmy Fogo na Wyspach Zielonego Przylądka już mało kogo zainteresowały... A przecież lawa, która wtedy się wydostała, całkowicie pochłonęła dwie miejscowości. 




Christopher Neff, francuski bloger-naturalista, napisał, że takie wydarzenie jak erupcja (zwłaszcza taka, jak na Fogo), jest dla wulkanologów spektakularne - jego analiza może powiększyć naszą wiedzę naukową. Dla wulkanologów-amatorów to okazja do zrobienia niezłych zdjęć i filmików. Dla ekologów - wyjątkowa okazja do obserwowania odradzania się flory i fauny po erupcji. Jednak dla mieszkańców terenów, dotkniętych skutkami działalności wulkanu to po prostu katastrofa... Gdzie są wobec tego władze państw europejskich, które mają aż nadto środków aby pomocy poszkodowanym udzielić? (całość wpisu tutaj). W podobnym tonie pisze też David Rothery, profesor nauk o ziemi.

O ile zarówno Bárðarbunga jak i Fogo to tzw. erupcje czerwone, czyli stosunkowo nieszkodliwe dla ludzi, spokojne wylewy lawy, to aktywny obecnie indonezyjski Sinabung daje o sobie znać tzw. erupcjami szarymi - ogromną masą pyłów, gazów i popiołów. Często w postaci niszczycielskich lawin piroklastycznych (to one, nie lawa, zniszczyły Pompeje w roku 79). Pochłonęły już one co najmniej kilkanaście ofiar i spowodowały ewakuację kilkudziesięciu tysięcy ludzi. O tym również cisza - może dlatego, że daleko?


Dlaczego zatem, pomimo désintéressement większości mediów, ja aktywność wulkaniczną zauważam? Wiedzą to moi facebookowi znajomi; co niektórzy nawet sugerują otwarcie zakładu wulkanizacyjnego :-) Co takiego szczególnego jest w wulkanach i ich aktywności? Chyba najbardziej fascynująca jest dynamika tych wydarzeń oraz niesamowita siła i skala. Tak wielka, że chcąc nie chcąc trzeba przyjąć wobec przyrody pokorną postawę. Jakże malutki w tym wszystkim jest człowiek i jego "dzieła"! Pokorę naszą pogłębia też świadomość skali czasowej: jak wyglądała nasza cywilizacja prawie 13 tysięcy lat temu, gdy wybuchł Laacher See? (dla wtajemniczonych: to zaledwie dwadzieścia-kilka kilometrów od Schoenstatt). Erupcja szacowana na VEI 6 przykryła najbliższą okolicę siedmiometrową warstwą popiołu, którego ślady znajduje się nawet w Szwecji. Jak wyglądalibyśmy, gdyby powtórzyło się to dzisiaj? Te kilkanaście tysięcy lat to w geologii jak przed chwilą, nawet nie wczoraj, a przecież z historii człowieka i ludzkości nic prawie z tamtego okresu nie znamy. Krucha jest ziemia, po której stąpamy. Jeszcze kruchsze nasze na niej życie. Jednak jest coś fascynującego w fakcie, że żyjemy na kawałku materii żyjącym własnym życiem, z mickiewiczowskim wewnętrznym ogniem, którego sto lat nie wyziębi. Plwajmy zatem na to co powierzchowne, suche i plugawe - i zstąpmy do głębi naszych uczuć, myśli i marzeń. Życie nasze przecież - w porównaniu z wulkanami - takie krótkie...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz