niedziela, 21 czerwca 2015

At Waterloo Napoleon did surrender

Pomijając idiotyczne "My, my" na samym początku, już pierwsze zdanie przeboju Abby z lat siedemdziesiątych zawiera dwie nieścisłości. Bitwa, której dwusetna rocznica przypadała trzy dni temu, została stoczona na polach leżących najbliżej miejscowości Mont Saint Jean w środkowej Belgii. Tak też (Bataille de Mont St. Jean) długi czas nazywała ją historiografia francuska. Dla Niemców zaś była to Schlacht bei Belle-Alliance - od nazwy farmy, gdzie zwycięscy wodzowie - Wellington i Bluecher - uścisnęli sobie ręce. Swoją drogą, niezła nazwa dla bitwy w której zwycięski okazał się własnie sojusz (brytyjsko-niderlandzko-niemiecko-pruski w tym przypadku). Dlaczego zatem cały świat, w ślad za Abbą, śpiewa o Waterloo? (samo miasto bowiem oddalone jest od pola bitwy o ponad 5 kilometrów). Ano dlatego, że tam kwaterę miał książę Wellington i stamtąd nadał depeszę o zwycięstwie. A jak wiadomo, historię piszą zwycięzcy... Druga nieścisłość to kapitulacja Napoleona, której przy okazji samej bitwy nie było. Nastąpiła ona (w formie ponownej abdykacji) kilka dni później, definitywnie kończąc erę Korsykańczyka. Erę, która na trwałe zadomowiła się w europejskiej świadomości.

Mało jest epok, w dodatku tak krótkich jak okres napoleoński (to raptem niecałe 20 lat), które tak rozbudzały kiedyś wyobraźnię historyków, polityków, marzycieli czy po prostu tych, lubiących pobuszować w historycznych faktach i domysłach. Fascynację tę znajdziemy w literaturze (n.p. w postaciach Rzeckiego w Lalce czy księdza Robaka w Panu Tadeuszu), pieśniach (francuska Chant du depart, polskie Mazurek Dąbrowskiego i Warszawianka) oraz, bardziej współcześnie, w aktywności grup rekonstrukcji historycznych odwołujących się do tego okresu i rożnych armii tam walczących. Obchody 200-lecia bitwy pod Waterloo przyciągnęły ponad 6 tysięcy entuzjastów (i dziesięć razy tyle widzów), w tym kilkudziesięciu polskich ułanów. Dlaczego tak jest? Co jest przyciągającego w tym miejscu, w tym wydarzeniu i jego skutkach?

Bitwa pod Waterloo nie była ani jedną z największych ani specjalnie decydujących w dziejach świata. W tej samej epoce równać się z nią mogą - a nawet przewyższać - wcześniejsze batalie: pod Iławą Pruską (dzisiejszy Bagrationowsk w Obwodzie Kaliningradzkim) oraz Bitwa Narodów pod Lipskiem. Po równo: zwycięstwo i klęska Francuzów. Do znacznie większych rzezi dojdzie później w starciach wojny krymskiej, wojny secesyjnej czy obu wielkich wojen światowych XX wieku. Jednak to właśnie Waterloo wydaje się być bitwą bitew. Co ciekawe, do niedawna polem bitwy i okolicznymi muzeami i pomnikami zajmowała się francuska fundacja. To tak, jakby pola grunwaldzkie oddać w zarządzanie Powiernictwu Pruskiemu i pamiętać o bitwie z 1410 roku jako porażce Krzyżaków, co nie przeszkadzałoby nabywać w sklepikach pamiątek z czarnymi krzyżami. Tak właśnie jest w Waterloo: popiersia Napoleona i całe postaci - w różnych wymiarach. Jeśli figurki żołnierzy - to obowiązkowo tych z Grande Armee. Repliki broni i publikacje - w prawie każdej słowo Napoleon odmieniane przez wszystkie przypadki (gdyby tylko języki inne niż polski takowe miały ;-) Ma się wrażenie, że rezultat bitwy był zupełnie inny. Śmiesznie trochę, chociaż z drugiej strony... To przecież właśnie klęska Francji pod Waterloo zakończyła porewolucyjny zamęt i tzw. długi wiek XVIII. Od Waterloo rozpocznie się umacnianie mocarstwowej pozycji Albionu i poszerzanie jego zdobyczy, które doprowadzi do powstania Imperium, nad którym nie zachodzi słońce. Również drugi ze zwycięskich koalicjantów - Prusy - na dobre znajdzie miejsce pomiędzy rozgrywającymi europejskiej sceny, przygotowując grunt do rozprawy z konkurencyjną Austrią i zjednoczenia Niemiec kilkadziesiąt lat później. Dzisiejsza pozycja Republiki Federalnej w Europie i świecie miała swe początki na polach pod Waterloo, podobnie jak globalna dominacja Europy i kolonialne zdobycze. Ich skutki widoczne są do dzisiaj, o czym wspominałem w swoich afrykańskich wpisach. To są prawdziwe rezultaty tej bitwy sprzed dwustu lat - ciekawe, czy wtedy zdawano sobie sprawę, jak bardzo świat zostanie przemeblowany?

Pole bitwy pod Waterloo, bardzo dobrze zachowane po dziś dzień, we mnie budzi inne uczucia. Byliśmy tam już z dziesięć razy, czasami korzystając też z objazdu po istotnych  dla bitwy miejscach. Końcowe kilkanaście minut komentarz z głośników poświęca opisowi pola po bitwie: co najmniej 30 tysięcy zabitych, do tego 10 tysięcy martwych koni. Stosy trupów obdartych już z broni i mundurów, czekające na pochówek w zbiorowych mogiłach lub spalenie na stosach. W deszczowej, belgijskiej aurze dymić będą jeszcze kilka dni. Tysiące rannych i okaleczonych (podobno rodzaj sztucznej szczęki czy dentystycznej koronki, wykonany z "pozyskanego" na pobojowisku uzębienia, nosił w Wielkiej Brytanii nazwę "waterloo"...) Na każdego z tych chłopaków, mężczyzn i starych wiarusów ktoś czekał: matki, żony, dzieci, dziadkowie, sąsiedzi, przyjaciele... Jeśli nie wracał z kampanii - oznaczało to jedno... Na oficjalne powiadomienia mogły liczyć tylko rodziny oficerów. Bardzo plastycznie wyobraziłem sobie wtedy ten obraz: czekających na pogrzebanie zwłok, jęczących rannych w prowizorycznych lazaretach, stosach ubrań, broni i butów, których wykonanie w tamtych czasach sporo kosztowało...

Ten obraz, wraz z rzędami krzyży na cmentarzach ofiar obu wojen światowych, ze zdwojoną mocą uzmysławia nam, jak daleko zaszliśmy w Europie w ostatnich kilkudziesięciu latach. Tak daleko, że dzisiaj taka masakra, z udziałem tych armii co wtedy, jest zupełnie niemożliwa. Ba, w większości kraje te należą dziś do tych samych sojuszy. Jednak wydarzenia na Ukrainie czy Bliskim Wschodzie nie pozwalają nam zapomnieć, że wojna nadal jest na świecie narzędziem... no właśnie, czego? Prowadzenia polityki? Osiągania określonych celów i zdobyczy? Czy tylko przykrywką dla gigantycznych, finansowych interesów? Mieli jednak rację starożytni: si vis pacem, para bellum.



P.S. Czasami pojawia się pytanie (usłyszane zresztą również dzisiaj, w dyskusji pasjonatów historii): co by było, gdyby Napoleon tę bitwę wygrał? Moim zdaniem, mielibyśmy jeszcze kilka takich Waterloo, z kolejnymi kilkudziesięcioma tysiącami zabitych i rannych. Wszak wygrana Francuzów musiałaby się wiązać z niedotarciem na miejsce Prusaków - zatem ich armia byłaby nietknięta i gotowa do walki. Podobnie jak 100 tysięcy Rosjan i drugie tyle Austriaków tuz za Renem. Do tego osłabienie Francji dotychczas prowadzoną kampanią, supremacja brytyjskiej floty i blokada kontynentalna... Można pokusić się o stwierdzenie, że Waterloo - toutes proportions gardees - było dla wojen napoleońskich tym, czym Hiroszima i Nagasaki dla II wojny światowej na Pacyfiku. Ale takie rozważania to temat na zupełnie inny, na pewno obszerny, wpis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz