piątek, 8 maja 2015

Ona

"...najpiękniejsza z gwiazd..." - chciałoby się dośpiewać słowa znanej niektórym piosenki. Ona - Ta, której miesiąc maj jest poświęcony. Miriam z Naceret, córka Jehojakima i Hany, żona Josefa i matka Jeszuy. Po naszemu Jezusa. Właściwie wszystko co chciałbym i mógłbym na temat maryjności swojej powiedzieć, napisał już na swoim blogu Janek Buczyński. Mógłbym się pod jego wpisem podpisać obydwiema rękoma.

Ona - kobieta szczególna. Dla niektórych trudny do naśladowania wzór (jako kobieta): no bo jak z jednej strony zachować swoją kobiecość, także w sferze seksu, z całą burzą hormonalną i napadami wściekłości a z drugiej wzorować się na "zawsze dziewicy"? Pytanie dla kobiet raczej i/lub dla teologów (teolożek :-)) Nie o tym chciałem jednak pisać.

"Maryjny miesiąc maj" zainspirował mnie do podzielenia się spostrzeżeniami z ostatnich paru tygodni. Telewizji już nie mamy i nie oglądamy, ale filmy w internecie tak. Czasami trzeba przejść przez czyściec reklam. Jedna z nich jak swoiste deja vu. Przecież kiedyś to już widziałem... Tylko czy ta dziewczyna nie powinna już być nieco starsza? No i chyba jej sandałki cokolwiek nie w modzie... Końcowe napisy rozwiewają wątpliwości: wraca czas na jęczmienno-chmielny napój, z herbem podtrzymywanym przez okazy fauny najmniejszego kontynentu świata. Smaku tego piwa nie pamiętam (pewnie taki sam jak większości sieciowych megabrowarów), ale reklamę kojarzyłem. W tejże reklamie pewna pani (zgrabna i ładna, nie powiem) przechadza się w zwolnionym tempie ściągając tępe spojrzenia mijanych facetów. Właściwie widać tylko jej nogi. Okazuje się na koniec, że po prostu poszła po piwo dla swojego mena, który również cielęcym wzrokiem wodzi od niej do butelki i nazad. A ona przeszczęśliwa. Bo co - bo piwo mu przyniosła? Nie za bardzo znam się na reklamie i nie śledzę najnowszych trendów, ale wydaje mi się że przekaz sprzed prawie 20 lat pokazuje z jednej strony zmiany, jakie nastąpiły, z drugiej - pewne niestarzejące się schematy.

Zmiany, bo dzisiaj już chyba nie przeszłaby reklama w której cokolwiek, od kosmetyków przez samochody po gładzie szpachlowe i piwo, sprzedaje się - excusez le mot - przez cycki. W mediach o bardziej lokalnym zasięgu czy na bilbordach nadal jednak z takim żałosnym przekazem możemy się spotkać: zwracamy Twoją uwagę atrakcyjną/rozebraną/intrygującą/wyzywającą panienką a Ty już nas sobie zapamiętujesz. Nieważne, co oferujemy - ważne, że nazwę firmy czy produktu będziesz kojarzył z owymi cyckami. Ogromne pole do działania dla obrońców i obrończyń praw kobiet i dla każdego przyzwoitego człowieka. Nie chodzi mi o obyczajową cenzurę treści wizualnych, ale o właściwy obraz do słowa i przekazu. Naprawdę nie ma innej drogi jak trwanie w obrazie kobiety jako jedynie przedmiotu pożądania? Jak mamy osiągać równowagę płci w zatrudnieniu, zarobkach etc. przy takich chwytach?

Niby odjechałem nieco, wychodząc od Maryi a kończąc na cyckach w reklamie. Dla mnie jednak to się ze sobą wiąże. Jeśli ONA dla mnie coś znaczy, jeśli do Niej mówię i z Nią rozmawiam, jeśli Ją kocham - to nie mogę być obojętny na to, w jaki sposób kobiety - z których każda jest obrazem TEJ - są przedstawiane i traktowane. Wiem, że tym wpisem świata nie zbawię i nie uratuję wykorzystywanych jako pracownice, gwałconych dziewczyn, sprzedawanych do burdeli, poniżanych żon. Ale nie mogłem w maju, miesiącu poświęconym Jej i w przeddzień wyjazdu do Jej miejsca, o tym nie napisać.




















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz