Etykiety

sobota, 28 marca 2015

Wstęp do safari

Z Koum boczna, ledwo widoczna droga przechodzi pod zardzewiałą bramą z napisem "Parc National de Boubandjida". Jedziemy jeszcze wolniej. Raz, że droga to właściwie szlak przez busz. Dwa, że tu i ówdzie zaczyna pojawiać się zwierzyna i zatrzymujemy się na foto-stop. Przyglądają nam się płowe lub ciemne antylopy, różnej wielkości i o różnych rogach. Pewnie jutro poznamy ich nazwy i nauczymy się rozróżniać. Tylko, czy naprawdę tego potrzebujemy? Ech, ta europejska żądza wiedzy i klasyfikacji... Nie mamy za to problemów z nazwaniem długoszyich, plamistych stworów, majestatycznie przechadzających się między zaroślami. W odróżnieniu od Melmana te są jaśniejsze - pewnie jakaś inna odmiana. Niżej, w parterze traw, przemyka pani guźcowa z potomstwem. Jeszcze wcześniej, w wyschniętym korycie mijanej po drodze rzeki, widzimy też gerezę abisyńską - czarną, niedużą małpę, z długim ogonem.

Mała dygresja na temat bezpieczeństwa. Od dobrych kilku godzin jesteśmy już na terenie regionu Północ, który wszelkie informacje konsularne (zarówno polskiego MSZ jak i brytyjskiego Foreign and Commonwealth Office) zdecydowanie odradzają. "Jeśli tam jesteś - wyjedź! Jeśli chcesz jechać - lepiej dwa razy się zastanów". Wszystko przez prowadzone jeszcze dalej na północ stąd (o jakieś 200-300 km) operacje przeciwko Boko Haram oraz ze względu na groźbę bandyckich napadów na autobusy etc. Po powrocie się dowiemy, że w rejonie naszej wyprawy napadnięto autobus i puszczono wszystkich pasażerów w... gaciach. Ostrzeżeń, przytoczonych powyżej, nie należy zatem lekceważyć, ale też nie można ich traktować dosłownie. Nieocenione są jak zwykle informacje uzyskane na miejscu.

Trzydzieści-parę kilometrów zajmuje nam ponad godzinę. Co rusz przeprawiamy się przez wyschnięte koryta rzek, rzeczek i strumyków. Te ostatnie nie są szerokie, najwyżej 2 metry, ale brzegi opadają stromiznami o nachyleniu nawet 50 stopni. Ech, gdyby nie niezawodna Toyota Land Cruiser i nasz dzielny Yourika... Teraz rozumiemy, dlaczego nikt nie mógł nas odebrać z dworca. Trasa tam i z powrotem, z parku do Ngaoundere lub na lotnisko w Garoua, zajmuje cały dzień (nam pokonanie tych 300 km zajęło 6 godzin). Nie mówiąc o zmęczeniu drogą i upałem.

Stanica Łowiecka Boubandjida (bo tak chyba można przetłumaczyć "Safari Lodge") wita nas jako oaza cywilizacji, w środku parku narodowego, nad korytem wyschniętej teraz rzeki Godi. Najbliższe 3 noce spędzimy w miłym i wygodnym domku o typowo afrykańskim, okrągłym kształcie, krytym strzechą. Łóżko z moskitierą, łazienka z prysznicem (nareszcie!) i iście francuska kolacja o ósmej wieczór: warzywka z vinaigrette na przystawkę, kurczak w winie i naleśniki! Zimne piwo dopełnia całości :-) Chwilę wcześniej witają nas gospodarze: Paul, Francuz z Lotaryngii, wielki miłośnik tutejszej przyrody, oraz jego kameruńska żona - Mai. Rano poznamy Adama - ich dwumiesięcznego synka. Na pysznej kolacji i interesujących rozmowach schodzą nam ostatnie godziny tego dnia. Zapada afrykańska noc, gorąca (ale już nie duszna), pełna rozmaitych odgłosów. Mai mówi nam, że te pluski w pozostałym po rzece bajorku to walczące o zdobycz krokodyle... Robi się ciekawie; jutro wyruszamy na bezkrwawe łowy.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz