sobota, 14 marca 2015

Targ - ponownie

Tym razem wybieramy się na targ, gdzie zazwyczaj Marianne robi zakupy na potrzeby ośrodka. Na targu trzeba stwarzać wrażenie wiedzących, czego się chce i pewnych siebie. Inaczej obejdzie Cię chmara natrętów wciskających co tylko się da. Pozytywnym zaskoczeniem były zaczepki typu „Ej, panie biały, jak się masz?”, „Pije Twoje zdrowie!” (nad kuflem palmowego wina – kupiliśmy trzy litry, wypróbujemy wieczorem) czy „Dzień dobry! Skąd jesteście?” Na szczęście idziemy z Marianne, która zdaje się tu znać każdy kąt i każdego sprzedawcę. Kupujemy co trzeba (kapustę, cytryny, wędzone ryby, ogromne, żywe ślimaki, palmowe wino, worek ryżu i sałatę (oprócz królików zjadają ją gołębie – no i my na śniadania). Dla siebie zaś oryginalne pamiątki: afrykańską maczetę i kij do motyki J Byliśmy jeszcze później na innym targu, wyrobów rękodzielniczych, ale to już inny temat i pewnie jeszcze tam wrócimy.

Nie zapomniałem karty do aparatu, więc kilka zdjęć jest. Ale i tak najlepsze są własne wrażenia i odczucia, zatem – tak jak poprzednio – kalejdoskopowy rollercoaster:

Tłum z pozoru chaotyczny ale jednak zorganizowany. Sprzedawcy towarów, przekąsek i tragarze z taczkami. Towary na ulicy, straganach, taczkach i głowach. Stosy cebuli, manioku, papryki, przypraw, wędzonych ryb i suszonych krewetek. Na taczkach biustonosze, naczynia i świńskie łby. Misternie ułożone stożki pomarańczy, arbuzów i orzeszków. Sklepiki w stylu kolonialki, z towarami przemysłowo pakowanymi i importowanymi. Drogerie z kosmetykami w cenach europejskich. Wino palmowe własnej roboty w butelkach po wodzie mineralnej. Żywe ślimaki wielkości dłoni w misce która robi też za wieko kasy pancernej (=banknoty nią przyciśnięte, leżące na piasku). Stragany z połciami mięsa i stosika gdzie opala się kury. Smród opalanych pypci i roczny szkrab bez żenady siusiający na deski stoiska. Stragany z przyprawami, warzywami, maniokiem i owocami. Kamienne tacki do ucierania manioku i tłuczki do ubijania czegokolwiek… Przy tym wszystkim zaś  łapiemy się na tym, że przecież jeszcze niedawno prawie takie same obrazki można było zaobserwować chociażby wokół Hali Mirowskiej w centrum Warszawy…

Na koniec zaś wizyta w klimatyzowanym markecie z importowanymi towarami, w cenach nieosiągalnych dla większości miejscowych. Na półkach, między Smirnoffem i Johnny Walkerem butelki swojskiej Wyborowej i Sobieskiego. Tutaj, w środku Afryki. Chyba nie jest stąd aż tak daleko do naszego świata…









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz