niedziela, 8 marca 2015

Pustynia

Lot CDG-BRU, jeden z najkrótszych – jeśli nie najkrótszy – w mojej historii podróży lotniczych, odbył się właściwie bez historii. Ot, wzlecieli i wylądowali. O dziwo, większość pasażerów zdecydowania afrykańska: paszporty Kamerunu czy Wybrzeża Kości Słoniowej (urocza dziewczyna w białym berecie – typ łączniczki AK J). Ich obecność dziwi dlatego, że pół godziny wcześniej wylatuje bezpośredni samolot z Paryża do Yaounde i Douali – czyżby te linie nie cieszyły się zaufaniem? Brussels Airlines za to bez zarzutu. Dość wygodne fotele, dobry catering, dotykowy indywidualny ekran z szeroka gamą rozrywek: od śledzenia lotu, przez filmy i muzykę po Euro News i gry. W pewnym momencie Żonka stwierdziła, że ot, samolot, ale czy to dzieje się naprawdę? Naprawdę lecimy do Afryki? No raczej tak, skoro pod nami przesuwa się Sahara i niewidoczne w naturze granice Algierii z Mali, Mali z Nigrem, Nigru z Nigerią i w końcu Kamerun. Odcienie żółci i czerwieni, niby nic i pustka, ale co chwila zmieniająca kolory i kształty. Chyba lubię pustynię i chciałbym kiedyś doświadczyć jej na dłużej. Ma ona w sobie coś z morza, które kocham – ogrom i bezkres, ale wiadomo przecież, że coś jest po drugiej stronie. Dzieląc – łączy, „próbuje w ogniu” srebro ludzkich charakterów i fizycznej wytrzymałości. Oraz – co chyba najważniejsze – zarówno pustynia, jak i morze, skutecznie opróżniają umysł z tego, co zostawiliśmy na brzegu. Troski dnia powszedniego, które z perspektywy pustyni (i morza) wydają się nic nie znaczącymi. W tym oczyszczonym stanie łatwiej o otwarcie na drugiego, który jest obok, oraz na wejrzenie w głąb siebie. Tęsknię za moimi czterdziestoma dniami na pustyni…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz