niedziela, 8 marca 2015

Powitanie z Afryką

Było, jak ostrzegali. Ale najpierw kontrole wszystkiego, co możliwe. Paszport, szczepienia, zdalny pomiar temperatury aby wyłapać podejrzanych o ebolę, karty przyjazdowe (które trzeba podać pogranicznikowi otwarte, bo nie wpadnie na to, że ta złożona biała kartka wetknięta miedzy strony paszportu to właśnie to). Swoją drogą, mógłby pan w mundurze przypuszczać, że to coś dla niego. Ale to tylko nasza percepcja – tutejsi chyba by nigdy na to nie wpadli. To jednak trochę inna inteligencja. Nadal nie uważam, że gorsza od naszej, ale może za krótko tu jestem…
Już po odbiorze bagażu to, o czym nas ostrzegano: próby „pomocy”, fałszywi tragarze, generalnie natręci. Mój flegmatyzm każe brać ich na przeczekanie (bo wolnych wózków nie widać), ale choleryczno-melancholiczną Żonkę zaczyna to wyprowadzać z równowagi. Zgodnie z poradami nie reagujemy lub mówimy do nich wyłącznie po polsku, uruchamiając kopalnię kultowych cytatów z polskich filmów: od „Młody człowieku, rozmowa ze mną nie ma najmniejszego sensu, ponieważ jestem kompletnie głucha” po „Chrząszczyrzewoszyce, powiat Łękołody”. Widzieć ich miny i słuchać gorączkowych dywagacji, kogo tu spotkali i co z nimi zrobić – bezcenne. Ale nie da się inaczej – każdy sygnał z naszej strony wskazujący na rozumienie (a niestety znamy i francuski, i angielski…) byłby zaproszeniem do świadczenia „usług”, za które trzeba by potem było płacić. W końcu sala powoli pustoszeje, upolowujemy wolny wózek i wio. Przy drzwiach ostatnia przeszkoda – celnicy. Niestety, trzy pękate, kraciaste ruskie torby zwracają ich uwagę i każą jedną otworzyć. Wśród ubrań odnajdują paczkę z czymś dziwnym i po próbach oddania na francuski czym jest siemię lniane, okazuje się, że jest to… kawa. Soniu droga, nie rób nam tego więcej! ;-)

Komitet powitalny z ojca Darka, Marty, Artioma i trojga innych mieszkańców ośrodka (chwilę mi zajmie poznanie imion i przyporządkowanie ich do twarzy, niech mi na razie wybaczą pozostawienie ich bez opisu) szybko nas przejmuje, pakujemy się do Land Cruisera i w drogę. Krótką dzisiaj, prostu w podstołeczną, afrykańską noc. Już w samym Yaounde, obie strony drogi rozświetlają się i rozbrzmiewają sobotnimi imprezami. Widok i atmosfera jak na promenadzie w lanzaroteńskim Puerto del Carmen – tylko tak jakby bardziej autentycznie i bez komercji. Chyba będzie mi się tutaj podobało J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz