piątek, 20 marca 2015

Podróżowanie

Do Kamerunu zazwyczaj się przylatuje. Mało kto decyduje się na kilkutygodniową podróż statkiem, które zresztą nie mają stałych rozkładów. Można też wjechać tu lądem, ale trzeba najpierw i tak dotrzeć do któregoś z krajów sąsiednich. My nie byliśmy oryginalni.
Port lotniczy Yaounde-Nsimalen (kod IATA: NSI) nie oszołamia rozmachem. Nie jest to zresztą główne lotnisko kraju – te znajduje się w Douali, stolicy gospodarczej Kamerunu. Krajowe linie lotnicze, Camair-Co, dysponują tylko trzema samolotami. Sprawia to, że odwołania i opóźnienia nie są rzadkością. Dlatego też nie decydujemy się na przelot do leżącej na północy Garoua. Również ceny połączeń wewnętrznych są prawie połową tego, ile się płaci lecąc z Europy…
Po Yaounde poruszamy się głównie Toyotą Land Cruiser, flagowym pojazdem Foyer St. Dominique. Achille, mąż Marianne, sobie tylko znanymi skrótami dowozi nas do centrum. W stolicy (jak zresztą w innych miastach Kamerunu) transport publiczny jako taki nie istnieje. Widać co prawda tu i ówdzie niebieskie autobusy miejskie i rdzewiejące tablice przystankowe, ale mało kto zna ich trasy i rozkład jazdy. Za transport zbiorowy robią za to pomalowane na żółto taksówki. Zabierają do 4 pasażerów na tylnym i 2 na przednim siedzeniu. Zgadza się, pojemność „nominalna” wynosi 4 + kierowca, ale kto by się tym przejmował. Widzieliśmy też 3 gości extra w bagażniku… „Nagrodą” jest cena takiej „taxi commun” – 200 FCFA, czyli ok. 30 eurocentów od osoby. Każdy w swoim kierunku, ale to kierowca decyduje, z kim mu będzie po drodze. Jeśli chce się jechać jak panisko i mieć cały samochód do dyspozycji trzeba wyłożyć 10 razy tyle. To jednak wciąż tylko 3 euro. Do tego wszechobecne moto-taxi, zabierające też ile wlezie (2-3 osoby).
Przejazdy międzymiastowe są domeną przewoźników autobusowych i mikrobusowych, o szumnych nazwach typu Global Express czy Lux Voyages. Dodać należy, że pojazdów tych żadna kontrola techniczna w Europie nie dopuściłaby do przewozu pracowników PGR-u na pole, nie mówiąc o ruchu po drogach publicznych. Podróżowanie nimi to okazja do przeżycia czegoś autentycznego i lokalnego, za grosze (kilkaset kilometrów za 4-5 euro), za to w niewyobrażalnej duchocie i niewygodzie. Zapytajcie Marty i Artioma J My nie decydujemy się na ten środek transportu: mamy alternatywę a i czasu na zwiedzanie mało.
Kameruńskie koleje (Camrail) prowadzą pociągi pasażerskie (osobowe, przyspieszone, inter-city i nocne-sypialne) na trzech trasach: Yaounde-Douala, Yaounde-Ngouandere i Douala-Kumba. Jak na Afrykę standard bardziej niż przyzwoity; powiedziałbym, że PKP++. Doświadczenie nasze opiera się jednak wyłącznie na podróży nocnym pociągiem z Yaounde do Ngaoundere, więc o nim słów kilka.
Wagony czyste, sprawiające wrażenie bycia w dobrym stanie technicznym. Trochę węższe niż u nas, bo rozstaw torów w Kamerunie jest metrowy (1000 mm; najpowszechniejszy, amerykańsko-europejski standard to 1435 mm). Niektóre odcinki pamietające Wilusia (cesarza Wilhelma II i czasy niemieckiego panowania): na dworcu w Ngaouandere widziałem szyny z napisem Krupp 1914. Wagony są klimatyzowane, regulacja w każdym przedziale. Wagon sypialny 1 klasy (miejsce na (teoretycznie) 14-godzinną podróż kosztuje ok. 42 euro) to 2-osobowe przedziały z umywalką. Świeża pościel, drzwi zamykane od środka, muzyczka i zapowiedzi przez radiowęzeł. Po ruszeniu ze stacji kontrola biletów, wizyta ochroniarzy w błękitnych koszulach i kontrola dokumentów przez mundurowego, z dumą prezentującego naszywki „Specjalna Policja Kolejowa”. Później, elegancko ubrane hostessy zbierają zamówienia na kolację. Menu niedzielne oferuje 2 sałatki do wyboru, bierzemy zatem obie: marchewkową z rodzynkami i meksykańską. Z trzech dań głównych wybieramy pieczonego kurczaka i wędzoną rybę w zielsku, oba z gotowanymi plantanami. Na danie z nerek się jednak nie zdecydowałem… Kolacja taka, przyniesiona do przedziału, z dużą butelką coli (1,5 l) i deserem (też 2 do wyboru) kosztuje nas ok. 12 euro na dwie osoby.
Toalety, po całym dniu postoju składu na torach odstawczych, nieco „jadą”. Ale na nas, wychowanych na wiecznie niedziałających i bezwodnych kiblach w EN57* czy wagonach od Cegielskiego, nie robi to zbytniego wrażenia. Tu przynajmniej leci woda, dostajemy też do przedziału rolkę papieru toaletowego i małe mydełko, zatem nie zarośniemy brudem i chaszczami. Tory raczej nie są idealnie proste i równe, wagony też połączone po towarowemu, więc trochę trzęsie, rzuca i trzeszczy. Jednak pociąg zdaje się miejscami pędzić nawet jakieś 70-80 km/h, zatem nie jest źle. Z łóżek też nie spadamy, urywany bo urywany, ale sen nadchodzi. Po kolacji jeszcze pan z ochrony pokazuje jak się zamyka drzwi. Kultura…
Tak jak od paru dni, budzimy się przed 6. Na korytarzu słychać poranną modlitwę muzułmańskich współpasażerów. Parę słów o nich. Zwracają uwagę już na dworcu w Yaounde – jest 18:30, pora wieczornej modlitwy. Na równo rozłożonych i zorientowanych na Mekkę dywanikach, mężczyźni w długich za kolana koszulach i luźnych spodniach rytmicznie składają pokłony. Skupienie na twarzach, gapić się nie wypada. Naszymi sąsiadami jest małżeństwo. Ona ubrana zgodnie z muzułmańskimi kanonami – długa suknia i chusta na głowie, jednak wszystko to w jaskrawych, afrykańskich kolorach. Ot, tutejszy islam. Wszyscy są powściągliwi, nie zatrzymują na nas świdrujących spojrzeń, uprzejmie odpowiadają na pozdrowienia. Na pewno należą do elity finansowej: inaczej nie stać byłoby ich na podróż w cenie prawie miesięcznych zarobków np. pracownika hotelu czy nauczyciela… Na ciemnych palcach ładnie odznacza się złota biżuteria. Mimo to, na mijanych stacjach kupują przez okno od tłoczących się na peronie handlarzy kiście bananów i torby suszonych ryb. Widocznie taniej niż u nich, na północy.** Każdy postój na stacji, już za dnia, to wydarzenie dla miejscowych: w końcu kursują tu tylko 2 pociągi na dobę, po jednym w każdą stronę. Kobiety oferują noszone na głowach banany, ryby, miód i orzeszki. Dzieciaki domagają się pustych, plastikowych butelek. O recyklingu nikt tu nie słyszał, za to „re-use” działa pełną parą. Butelki po wodzie, coli czy napojach będą miały drugi i kolejne żywoty, wypełnione miodem, fasolą, orzeszkami, napojami niewiadomego pochodzenia czy nawet benzyną i ropą, oferowanymi na targach.
Rosnąca ilość pól uprawnych, domostwa i cywilizacyjna infrastruktura (np. linia przesyłowa wysokiego napięcia), zwiastują zbliżanie się do dużego miasta. Powoli wtaczamy się do Ngaoundere, celu tego etapu naszej podróży. Pociąg zwalnia, widać towarowy terminal zapełniony kontenerami. Stacja tutejsza jest punktem przeładunkowym w kierunku Czadu, który to kraj kolei nie posiada w ogóle. Przywiezione pociągami towary pojadą potem ciężarówkami, nowa, asfaltową drogą w stronę granicy. Pomyśleć, że być może niektóre z tych kontenerów (np. firm Maersk czy CGM) mogliśmy kiedyś widzieć na ogromnych, transoceanicznych statkach mijanych w por

 
cie w Felixtowe…

Nawet nie z peronu, ale wprost z torów, biegnący za pociągiem tragarze w pomarańczowych kamizelkach oferują swoje usługi. Przygotowujemy się do wyjścia z oswojonej „bany” i wkroczenia w nieznane…
 
* elektryczny zespół trakcyjny, popularny „żółtek”
** barwny i wciągający opis tego zjawiska, w wydaniu zachodnioafrykańskim, polecam w rozdziale „Madame Diouf wraca do domu” w znakomitym ”Hebanie” Ryszarda Kapuścińskiego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz