Etykiety

środa, 25 marca 2015

"Nikt mi nie powie, że to normalne aby maszyna latała"

Tym teksetm oszusta Kramera z "Vabanku" co bardziej błyskotliwi rozmówcy uzasadniają swój lęk przed lataniem. Znam też takich, którzy jeszcze przed wejściem na pokład samolotu muszą się dość solidnie nawalić. Po części lęk ten wydaje się zrozumiały: dłuższy lub krótszy czas w zamkniętym, w sumie niewielkim pomieszczeniu, świadomość przemieszczania się z ogromną prędkością na wysokości ponad 10 kilometrów oraz poczucie, że kompletnie nic od nas nie zależy. Na pewno psychiatrzy mają na to swoją nazwę, tak jak lęk przed podróżą koleją nazwali elegancko, z helleńska, siderodromofobią. Na ile jednak są to irracjonalne lęki, nadające się na kliniczne przypadki, na ile zaś napędzana przez media atmosfera?
 
Ostatnia katastrofa samolotu Germanwings jest niewątpliwie tragedią, tak jak jest nią każda nagła śmierć. Tym razem pomnożona 150 razy, doliczmy rodziny i przyjaciół pogrążonych w żałobie. Każde takie zdarzenie wydaje się jednak jak magnes (nie chciałbym ze względu na kontekst używać słowa padlina...) przyciągać współczesne media. Nawet (zwłaszcza?) te uważające się za poważne. Relacje na żywo jak z meczu lub posiedzenia komisji śledczej. Wypowiedzi niezliczonych ekspertów i gdybania, co mogło być przyczyną katastrofy. Dochodzenie, czy aby na pewno na pokładzie nie było Polaków. Coraz bardziej idiotyczne pytania "dziennikarzy" (np. o to, czy pogoda mogła mieć wpływ na to, co się stało z samolotem. Pogoda, na 10 kilometrach??) Ekscytowanie się liczbami ofiar, później wielkie czerwone litery "NIKT NIE PRZEŻYŁ". A wszystko to napędzające oglądalność i klikalność...
 
To chyba właśnie takie doniesienia (a także namiętne oglądanie kolejnych odcinków "Katastrofy w przestworzach") leżą raczej u podstaw lotniczych fobii. Przecież statystyki jednoznacznie mówią, że o wiele większe ryzyko wiąże się z wejściem do samochodu i "wyprawą" do sąsiedniej gminy. Ale kto by tam zwracał uwagę na racjonalne argumenty - w telewizji powiedzieli i pokazali, to tak jest. A jest niebezpiecznie. I już nigdy na samolot nawet nie spojrzę.
 
Odkąd latam w miarę regularnie (prawie 250 przelotów w ciągu ostatnich 10 lat), kilka podobnych katastrof się wydarzyło. Żadna nie zniechęciła mnie do tego środka transportu, chociaż zawsze bezpośrednio po każdej tragedii jest się bardziej wyczulonym na każde odbiegające od normy zachowanie samolotu w powietrzu. Po prostu, w naszym trybie życia trudno zrezygnować całkowicie z wygody i szybkości przemieszczania się, jaką oferują linie lotnicze. Tym bardziej przy cenach, które nigdy w historii nie były tak przystępne. Pamiętając o ofiarach tragedii we Francji i łącząc się w bólu z ich rodzinami, wybieram zaufanie do ścisłych procedur bezpieczeństwa i kontroli technicznej, które nie mają sobie równych w innych rodzajach transportu. A że mimo to katastrofy nadal się zdarzają i stuprocentowej pewności powrotu nigdy nie ma? Cóż, Bilbo Baggins mawiał, że niebezpiecznie jest wyjść za furtkę i ruszyć w drogę, opuszczając swojscie i bezpieczne Shire. Może nie miał na myśli śmierci, ale przecież każda podróż jest ryzykiem. Bo dopiero coś nim okupione jest cenne: nowe doświadczenia, poznani ludzie, odwiedzone kraje, przygody i lekcje życia. Można wybrać siedzenie na d... całe życie (w dodatku przed prezentującym coraz marniejsze treści telewizorem) i złudne poczucie bezpieczeństwa (bo w końcu nawet w domu może nam się coś stać). Ale co zobaczymy wtedy pod koniec żywota? Nasze życie, czy jeden, ten sam dzień, przeżyty tysiące razy? Jednak wybieram podróżowanie. W końcu nawet śmierć nie jest niczym złym, tym bardziej że najbliższa mi Osoba zawsze jeździ ze mną. Nikogo więc bym nie zostawił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz