niedziela, 15 marca 2015

Co nas gryzie

Zdziwi się ten, kto na niniejszy post zajrzał w nadziei poczytania egzystencjalnych dywagacji o chorobach duszy. Również i takowe towarzyszą zapewne podróżującym do Afryki. Jednak bardziej namacalną i dokuczliwą obecnością daje o sobie znać miejscowa fauna. Zdolniejsi i bardziej spostrzegawczy ode mnie napisali już, że najczęściej źle lokalizujemy tutejsze źródła zagrożenia w tej materii. Słysząc Afryka, widzimy niebezpieczeństwo ze strony lwów, hipopotamów, jadowitych i dusicielskich węży lub przynajmniej włochatych pająków. Tymczasem realne niebezpieczeństwo jest mikrorozmiarów – za to w makroilościach. Komary, których brzęczenie brzmi jak „Mmmmmmmmmalariaaaaaaa”. Muszki i inne latające stwory, zostawiające swędzące rany w miejscach ugryzień. Pełzające mrówki, chrząszcze i karaluchy. Wije w tropikalnych rozmiarach (kojarzycie nasze, europejskie stonogi? To sobie je wyobraźcie jednolicie czarne, powiększone kilkunastokrotnie. Nie ma w tym przesady, bo zaobserwowane osobniki miały zdrowo ponad 15 cm). Na szczęście, oprócz nieprzyjemności, ich ugryzienia czy ukąszenia zazwyczaj nie niosą ze sobą poważniejszych następstw. O wiele niebezpieczniejsze są stworzenia których nie widać, mogące doprowadzić do poważnych konsekwencji. Jednakże nie odczuwamy na razie (i niech tak zostanie) ich działania. Poza tym powstało już o nich wiele tekstów, napisanych zarówno przez specjalistów jaki i bardziej doświadczonych ode mnie podróżników.

Na szczęście nasz dotychczasowy pobyt w afrykańskiej stolicy przyniósł też przyjemniejsze obserwacje. Gekony wyłażące po zmroku i uganiające się po ścianach za owadami. Ich więksi szarzy pobratymcy, przemykający po murach. Kolorowe jaszczurki z pomarańczowymi głowami i ogonami, wykonujące ruchy przypominające pompki. Świergot setek ptaków i drzewach i zaroślach. Nocne koncerty cykad i świerszczy. Z bardziej zwyczajnego, domowego inwentarza mamy tu w ośrodku psa, trzy młode kotki, kury (wraz z kogutami), pawia, króliki i z dwie setki gołębi. Tylko te ostatnie i ten pierwszy w charakterze pets. Tak, nie pomyliłem się: również pewnie tutejsze koty, po urośnięciu, skończą w garnku. Raczej nie tutaj, w ośrodku, ale pewnie u sąsiadów. Taki już los afrykańskich zwierząt, które dla tubylców są przede wszystkim pożywieniem lub siłą pociągową. Ale o kulinariach będzie innym razem. Do fauny jako takiej też wrócimy, po powrocie z safari.






 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz