wtorek, 24 marca 2015

Bienvenue au Nord, czyli Jeszcze dalej niż Ngaoundere

Już ze swojego domu kontynuować będę swoje afrykańskie spostrzeżenia i refleksje. Oto pierwszy z kolejnych odcinków.

Ledwo zatrzymujemy się na stacji w Ngaoundere (to już koniec linii kolejowej; dalej na północ tylko transport kołowy), pociąg szturmują szukający zarobku tragarze. Pomni ostrzeżeń dotyczących tłoku przy wysiadaniu, zachowujemy czujność. Na szczęście, w odróżnieniu do Yaounde, wystarcza grzeczna odmowa lub gest - nikt nie jest nachalny. Może to klimat prowincji lub wpływy islamu, którego powściągliwe oblicze widać na kroku? W każdym razie niezaczepiani przechodzimy przez halę dworca i znajdujemy okienko sprzedaży i rezerwacji biletów 1. klasy. Mała dygresja: widziane przez nas wagony 2. klasy są bez przedziałów, z drewnianymi ławkami.Szacun dla Marty i Artioma, że czymś takim jechali... I to po kilkugodzinnej podróży "autobusem" z Garoua...

Słów kilka także o tutejszej procedurze zakupu biletów. Otóż nie da się ich tak po prostu kupić w przedsprzedaży. Najpierw trzeba przejazd zarezerwować - np. 48 godzin przed - wpłacić zaliczkę (5000 franków) i dopiero w dniu odjazdu wykupić bilet. Im wcześniej z rana tym lepiej, bo można np. nie dostać żądanej kuszetki 2-osobowej. Odpowiednia kasa w Ngaoundere działa lepiej niż w Yaounde. Ochroniarz pilnuje kolejki i wpuszcza pojedynczo. Będąc w środku, za zamkniętymi drzwiami, słyszymy panią wyraźnie i nie musimy się domyślać z ruchu ust - jak w stołecznym rozgardiaszu. Potem zaczynają się schody... Niestety, oferujący safari w Parku Narodowym Boubandjida nie zapewniają obecnie transportu z dworca czy lotniska. O środek transportu musimy więc postarać się sami a będziemy potrzebować samochodu terenowego (4x4) na cztery dni. Nie mówiliśmy o tym naszym przyjaciołom z Foyer St. Dominique, bo i tak wystarczająco się o nas martwili.

Czekając na swoją kolej do okienka rezerwacji obserwujemy tłum wychodzący ze stacji. Uwagę zwracają tragarze, którzy walizki na kółkach czy plecaki i tak noszą - a jakże! - na głowach. W oczy rzucają się też wysoscy, ubrani w powłóczyste, białe szaty faceci z kartkami "Taxi" w ręku. Podchodzimy do jednego (a on do nas) i od razu mówimy, że taxi to nie, ale terenówka na 4 dni to i owszem. On na to, że to też u niego :-) Po krótkich negocjacjach uzgadniamy cenę i zawozi nas do miejscowego baru, gdzie mamy poczekać aż zajrzy do domu, przebierze się i zamieni auto. Ze starej corolli na... no właśnie. Naczytaliśmy się trochę o sytuacjach, gdzie umówiony wóz 4x4 ledwo trzymał się asfaltu. Miała nas jednak czekać przyjemna niespodzianka, ale o tym później.

Yourika (tak przedstawia się nam nasz szofer) zostawia nas przy barze, gdzie siedzi już grupka miejscowych, nazwijmy to "biznesmenów", w średnim wieku. Zamawiamy coś do picia i cierpliwie czekamy. W końcu to Afryka, więc zapowiedziane 20 minut może się wydłużyć 2-3 krotnie. Bar mieści się przy drodze na targ, zatem co chwila coś nam oferują - na szczęście nienachalnie. Również miejscowe dzieciaki niczego nie oczekują; ot, zaciekawili ich biali przybysze i zatrzymali się aby pogadać. Szkołę mają dopiero po południu, więc szwendają się po mieście. Życzą miłego dnia i odchodzą. Pod murem siedzi pucybut, doprowadzając do lśnienia trzewiki jednego z facetów ze stolika obok. Po chwili nadchodzi rzemieślnik (?), stukając trzymanym w ręce czymś w rodzaju nożyczek. Okazuje się, że jest to wędrowny manicurzysta, z którego usług korzysta kolega tego, któremu inny usługodawca czyści buty. Zaciekawieniu obserwujemy krótką operację piłowania paznokcia u lewego kciuka.

Wreszcie wraca Yourika i oddychamy z ulgą. Pojedziemy nową (na oko 5-6 letnią; w Afryce to wprost z fabryki) Toyotą Land Cruiser Prado :-) Pakujemy bagaże, Żonka tradycyjnie siada z przodu i w drogę. Jeszcze w mieście kupujemy wodę, trochę pieczywa i 40 l paliwa w kanistrach. Taka umowa: fundujemy tę ilość (litr oleju napędowego kosztuje w całym kraju 600 franków, czyli 90 eurocentów) i uzupełniamy bak po powrocie. Wyjazd z miasta taki sobie, piaszczyste pobocze równiejsze od resztek asfaltu. Za to później zaczyna się świeżo odnowiony przez Chińczyków, 40-50 kilometrowy odcinek głównej drogi. Szeroki, równy asfalt (o przekroju 2+1), utwardzone pobocza, solidne mosty i barierki. Miłe zaskoczenie w środku Afryki. Yourika prowadzi pewnie, tam gdzie można rozpędza się nawet do 100 km/h, ale zwalnia na zakrętach i nie wyprzedza na trzeciego. Nadmienić należy, że już w Ngaoundere zapina pasy, czego w Yaounde nie robi nikt... Mijamy interesujący, sawannowy krajobraz. Wioski z tradycyjnymi, okrągłymi chatkami. W ich centrach małe meczety, ale są też i katolickie kościoły oraz ośrodki różnych, protestanckich kongregacji. Można? Można. Wzdłuż szosy elektroenergetyczna linia przesyłowa, co jakiś czas maszty przekaźników GSM, w wioskach studnie wyposażone w nowe, ręczne pompy. To jeszcze nie ta "dzika" Afryka.

Zatrzymujemy się po dwóch godzinach jazdy, po ok. 160 km. Na przystanku "PKS-u" wędzone ryby, owoce, woda. Tu skręcamy na wschód i opuszcamy asfalt. Czeka nas drugie tyle (i 4 godziny...) drogi gruntowej. Z początku nieźle utrzymanej, ale im dalej od "cywilizacji" tym bardziej trzęsie i tym większe skupienie naszego kierowcy. Zatrzymuje się po kolejnych 2 godzinach, tuż przy lokalnym, wiejskim targu, na popołudniową modlitwę. Wzbudzamy zrozumiałe zainteresowanie, ale nikt nie zaczepia wprost. Przed nami sporych rozmiarów rzeka (w drodze powrotnej na chwilę zobaczymy w niej łeb hipopotama) oraz wznoszony przez Chińczyków nowy, betonowy most. Na drodze coraz więcej kontroli, najczęściej w postaci przewieszonego przez szlak sznurka obwieszonego szmatami lub kawałkami plastikowych torebek. Obok, w cieniu, kilku drzemiących mundurowych. Policja, żandarmeria i wojsko. Wyraźnie widać, że niedaleko coś się dzieje - sąsiedni region Dalekiej Północy jest frontem walk z dżihadystami z Boko Haram... W większości przypadków jesteśmy przepuszczani bez zatrzymywania, ale jeden z oficerów musi chyba pokazać, kto tu rządzi. Z nieznającą uśmiechu miną i pamiętającym Chruszczowa kałasznikowem w ręku żąda wszystkich możliwych dokumentów. Dajemy mu jedynie nasze belgijskie dowody osobiste, bo najmniej nam na nich zależy i w razie czego można je poświęcić. Ogląda je z każdej możliwej strony (napisy w niderlandzkim są pewnie dla niego równie zrozumiałe jak dla polskiego pogranicznika papiery po arabsku :-)) i wreszcie oddaje. Możemy jechac dalej, piaszczystą, czerwoną drogą. Pył mamy wszędzie, bo przystaliśmy wcześniej na niewłączanie klimatyzacji i "naturalne" chłodzenie. Mijane po drodze dzieciaki - większość w mundurkach, wracająca ze szkół - domagają się plastikowych butelek, ale żadnej nie mamy jeszcze pustej. Szkoły owe znadują się w każdej większej wiosce i przypominają raczej murowane obory do przetrzymywania bydła w punktach skupu niż szkolne klasy. Od ojca Darka wiemy, że często w klasie jest po kilkudziesięciu uczniów, klas jest 2-3 i na wszystkie przypada 1 nauczyciel. Co bardziej zdolni uczniowie skończą takie "szkoły" z umiejętnością czytania i pisania, nic poza tym. Dlatego dzieci z yaoundzkiego sierocińca posyłane są do dobrych, prywatnych szkół, aby się mogły czegokolwiek nauczyć. Niestety, nauka ta sporo (jak na Kamerun) kosztuje, zachęcam więc do jej regularnego wsparcia!

Oprócz wiosek i ludności z jej zajęciami (pora sucha i skwarna pora dnia raczej wymuszają bezczynność) widzimy stada bydła zebu o pięknych, zakrzywionych rogach. Zastygają bez ruchu w wątłym cieniu rzucanym przez rachityczne drzewa. Z innej zwierzyny hodowlanej widać przeskakujące drogę kozy, przemykające obok owce czy flegmatyczne osiołki, stojące bez ruchu na poboczach lub nawet na środku drogi. Dziwne jest, że mimo tych stad i stadek wcale nie spotyka się tu mleka i jego przetworów. Może to wina klimatu? Jeszcze wcześniej, na asfalcie, widzieliśmy przewożone na motorach owce (2 pasażerów ludzkich i 2 zwierzęcych) oraz przywiązane do położonych w poprzek desek dwa warchlaki. Oczywiście żywe. Pomysłowość tych ludzi nie zna granic, ale to dopiero w drodze powrotnej zobaczymy auto typu kombi z 5 pasażerami i 2 spętanymi, żywymi krowami w bagażniku.

Po kolejnych kontrolach dojeżdżamy do wioski Koum. Za nami 160 km asfaltu i 110 km drogi gruntowej (przy której jednak można nawet znaleźć znaki ostrzegające o niebezpiecznych zakrętach czy zwężeniach). Przed nami ostatnie 34 km, już na terenie Parku Narodowego Boubandjida. Położona w jego sercu Boubandjida Safari Lodge jest naszym celem. Mimo, że dopiero tam dojeżdżamy i nie mamy jeszcze przewodnika, nasza safari już się zaczyna. Ale o tym w kolejnych postach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz