Etykiety

środa, 25 marca 2015

Afryka dzika

Niestety, jest jej coraz mniej. Ale czy na pewno niestety? Zwykliśmy patrzeć na sprawy ochrony przyrody, zagrożonych gatunków, naturalnych siedlisk czy krajobrazu z naszej, europejskiej perspektywy. Tej, która rabunkową gospodarkę epoki przemysłowej ma na szczęście za sobą. Mogliśmy sobie pozwolić na samoograniczenia w korzystaniu z otaczającego nas świata, nie odbyło się to jednak bezproblemowo. Rozwinęliśmy też intensywne rolnictwo i hodowlę, przez co nie musimy już zdobywać nowych terenów pod uprawy i pastwiska. Doceniliśmy rolę bagien, łąk i lasów - nie tylko jako nieskończonego źródła drewna. Staramy się teraz pomału odtwarzać to, co 200-100 lat temu wycięto i spalono w parowych kotłach lub położono pod szyny kolei. Polowanie, zdobywanie trofeów już dawno przestało być obiektem marzeń młodych chłopaków a książki z dzieciństwa (choćby seria o Tomku Wilmowskim Alfreda Szklarskiego) czyta się jak dzieła z odległej epoki. Dostrzegliśmy wreszcie w dzikich zwierzętach stworzenia, z którymi jakoś da się dzielić świat, który wspólnie zamieszkujemy.

Afrykańczyk znacznie dłużej od Europejczyka pozostawał częścią przyrody. Żywiła go i ubierała, w niektórych regionach tak jest do dzisiaj. Gdyby tylko miejscowi nadal polowali jedynie dla zdobycia żywności... Niestety, nasza, biała cywilizacja wyposażyła tych niezrównanych myśliwych i tropicieli w niezawodną broń, w dodatku zaczęła płacić za kość słoniową, skóry czy rogi. Gdy przestaliśmy to robić w Europie i USA, zamówienia zaczęły płynąć z Chin, Azji Południowo-Wschodniej czy krajów arabskich. Park Narodowy Boubandjida, leżący w pólnocno-wschodnim Kamerunie, przy granicy z Czadem. Tam się udajemy. Wcześniejsze poszukiwania informacji na jego temat dają wyniki w większości odnoszące się do szokującej masakry sprzed 3 lat. W ciągu nieco ponad miesiąca, przybyli (prawdopodobnie z Sudanu) kłusownicy, doskonale uzbrojeni i wyposażeni, zabili ponad 600 słoni, połowę populacji tego obszaru. Słoń osiąga dojrzałość płciową w wieku 14 lat, ciąża trwa 2 lata i na świat przychodzi tylko jedno młode. Łatwo więc sobie wyobrazić, ile czasu musi upłynąć aby odtworzyć stan sprzed masakry... Pod warunkiem, że odtwarzaniu temu nie będą przeszkadzać ludzie. Takich sytuacji, w całej Afryce, było i jest zapewne znacznie więcej.

Czy może być inaczej? Na pewno nie bez woli politycznej czy bez wprowadzenia materialnych zachęt oraz egzekwowanych zakazów. Mieszkańcy wiosek otaczających Boubandjida raczej po słoniach nie płakali: olbrzymy te niszczyły wcześniej ich pola a z ubitych kłusownicy wycięli jedynie "kły" (celowo w cudzysłowie, bo anatomicznie są to górne siekacze). Mięso zostało. W Kamerunie państwo nie wypłaca odszkodowań za szkody poczynione przez dziką zwierzynę, jak to ma miejsce np. w polskich nadleśnictwach. Ciekawe w takim razie, na co idą środki zbierane z opłat za wstęp do parków narodowych, wjazd samochodem czy używanie aparatu fotograficznego (sic!) Również wojsko, ściągnięte po ww. wydarzeniach dla ochrony parku, na przemian pije i śpi. A i upolowaniem antylopy nie pogardzi - bo przecież rodzina w mieście nie wybaczy, że się z wiochy wałówy nie przywiezie...

Wspomniane wcześniej, budowane przez Chińczyków drogi wiodą też w dziewicze dotąd leśne ostępy, pełne pomnikowych drzew. Drzewa te, już jako gotowe na eksport pnie, jadą potem w drugą stronę na ogromnych ciężarówkach, do portu w Douali. Pojawią się potem w sklepach meblowych Azji, Europy czy Ameryki jako gotowe wyroby o wygórowanych cenach. Prowadzące w głąb lasów drogi, oprócz postępu i kontaktu z cywilizacją, niosą też zagładę okolicznej zwierzynie. Przed powstaniem drogi myśliwi nie zapuszczali się głęboko w gęsty, trudny do przebycia gąszcz. Droga powiększa ich tereny łowieckie a także zapewnia rynek zbytu. W wioskach w całym kraju, szczególnie na wschodzie, nie dziwi powszechnie dostępne na targach bushmeat: antylopy, małpy, pancerniki, węże - w zasadzie wszystko, co da się dorwać, ukatrupić i sprawić.

Według Paula Boura, energicznego Francuza zarządzającego Boubandjida Safari Lodge, problemem Kamerunu w zakresie ochrony przyrody jest względne bogactwo tego kraju i jego elit. Będąc zamożnymi, nie widzą interesu w ekoturystyce - tak prężnie działającej na drugim krańcu kontynentu, w Kenii i Tanzanii. Skoro najwyższe władze mają to gdzieś, to co tu mówić o niższych szczeblach czy zwykłych mieszkańcach. Dla tych ostatnich zresztą, płody ziemi i zwierzyna są czymś, co było tu zawsze i jest niewyczerpalne, raz dane od Boga (Allaha) do korzystania i używania. W kulturze afrykańskiej nie myśli się o przyszłości - w niektórych językach, na kilkanaście określeń dnia dzisiejszego, przypada jedno oznaczające przyszłość. To "jutro"; dalej nie ma jeszcze nic. Skoro nic, to kto by się tym przejmował. Absurdalne będą dla nich nasze argumenty o zachowaniu bogactwa przyrody dla przyszłych pokoleń. Jak to? Po co? To mamy teraz nie jeść, nie polować i głodować? Żeby ktoś, kogo nie ma i nie istnieje w naszej wyobraźni miał to dla siebie? Eeee, białe fanaberie...

Czy w związku z tym lepiej zostawić to w cholerę i nic nie próbować w tym zakresie robić? To chyba też nie jest rozwiązanie, bo przecież jednak nadal biali i państwa europejskie cieszą się tu autorytetem. Problemem jest jednak przede wszystkim opracowanie koncepcji zrównoważonej gospodarki na wzór afrykański. Takiej, w której na powrót człowiek i przyroda wokół niego mogliby współistnieć. Praca zapewne na kolejne pokolenie/-a. Oby jednak do tego czasu czekające na nas w Boubandjida zwierzęta nie były już znane tylko z historycznych doniesień, zdjęć czy filmów...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz