niedziela, 29 marca 2015

42...

Tak się złożyło, że na czas pobytu w Afryce przypadły moje czterdzieste drugie urodziny. Zazwyczaj świętuję na zielono, bo to akurat Św. Patryka (gdy się dowiedziałem, jakie święto na ten dzień przypada, to zrozumiałem swoje ciągoty do Zielonej Wyspy :-) Tym razem w prawie kompletnej głuszy, tylko z Ukochaną i zwierzyną (no, jeszcze parę osób wokół się kręciło). Najczęściej jakieś podsumowania, bilanse etc. robi się około czterdziestki - owych magicznych "połowinek". Przypomina się wtedy pamiętny serial sprzed lat, z Andrzejem Kopiczyńskim w roli głównej. Ogladając go dziś trudno uwierzyć, że ci ludzie (aktorzy) naprawdę mieli wtedy około czterdziestki. No i ich problemy, wymyślone (?) przez scenarzystów. Takie jakieś... zupełnie nie nasze.

Swoją czterdzistkę dwa lata temu świętowałem w otwockiej pizzerii, w towarzystwie kilkunastu młodych przyjaciół, młodszych ode mnie o połowę. W życiu się lepiej nie czułem, niż wtedy. Rok temu, w trochę mniejszym (ale nie mniej sympatycznym) gronie, było trochę inaczej. Nie wiem do końca jak, ale czuło się jakiś przełom. W końcu ten rok, 2015, i afrykańska sawanna. Co przyniosło minione 12 miesięcy? Rok jubileuszowy - stulecie naszej wspólnoty. Wspólne rekolekcje trzech kursów w Hillscheid, jesienny pamiętny weekend w Schoenstatt i wyjazd do Rzymu. Tak prawie na ostatnią chwilę, bo czemu by nie? Wcześniej Wielkanoc w Genui i Neapolu, krótkie, rodzinne żeglowanie w cieniu Wezuwiusza i kanonizacja Jana Pawła II i Jana XXIII.

W minionym roku odszedł też mój ojciec, któremu jeszcze tyle chciałem powiedzieć - ale już się nie dawało... Na pewno byłby ciekaw wrażeń z Kamerunu. Od zeszłego maja innej treści nabrała dla mnie Modlitwa Pańska, zwracanie się przez "Ojciec" do Najwyższego i postać pewnego sympatycznego staruszka w okrągłych okularkach :-) Skończył się dla mnie pewien etap życia; już jest o jedną osobe mniej, do której mógłbym się zwrócić o radę. Z drugiej strony, wiadomym się stało (chociaż żadnego wyroku nie usłyszeliśmy i raczej nie usłyszymy), że ja sam nigdy nie usłyszę "tata". Bezdzietność ma niewątpliwie swoje dobre strony (chociażby swobodę podróżowania i wyłączność na współmałżonka), ale czasem jeszcze boleśnie w bok zakłuje.

Miniony rok to także dwa fajne, wakacyjne wyjazdy: żagle w Chorwacji i noworoczny pobyt na Kanarach. Po kameruńskiej przygodzie wydają się one jednak czymś bardzo odległym, banalnym i bez historii. Czy Afryka bardzo nas zmieniła? Czy przyniosła odpowiedzi na kilka dręczących od jakiegoś czasu pytań? Nie wiem. Na pewno głęboko zapadła nam w serca i myśli. Wyjazd ten miał być preludium do czegoś większego, radykalnej zmiany w życiu. Wracając tydzień temu byliśmy przekonani, że tak się raczej nie stanie. Ot, znaleźliśmy nowe, życzliwe miejsce i nowych przyjaciół, będziemy chcieli tam wracać, ale nasze miejsce jest tu, w Europie. Po tygodniu już tacy pewni nie jesteśmy. Część duszy, jak majestatycznie odwracający się i uchodzący w gąszcz lew lub lampart, w gorącym wnętrzu Afryki się zaszyła i wracać nie chce. My, szczerze mówiąc, po kilku dniach deszczu, szarości i powrotu do czasami kompletnie absurdalnych, europejskich problemów, też tęsknimy do afrykańskiego słońca i swoistej beztroski. Ale może to już jest ten wyidealizowany obraz krainy, która taka idealna wcale nie jest? Może. Ale wracać się chce...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz